czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Krzysztof NEUS: „Sekcja legalnych morderców” — odcinek 4.


*

— Co to za ludzie — przerwał ciszę kapitan.

Teraz już przestał wierzyć facetowi z knajpy.

— Którzy?

— No ci…, których wieziemy.

— A skąd mam wiedzieć! Jestem tu od paru godzin, przyleciałem prosto ze Stanów i wpakowali mnie od razu w ten samolot. Podobno wasz „Radio”…

— Wiem, wiem — przerwał mu rozdrażniony kapitan. — Gówniarz. Bijatyki mu się zachciało. Leży w szpitalu z połamanymi żebrami.

— A pan nie wie kogo mieliście wieźć? — wyraził zdziwienie „Radio”.

Kapitan splunął na podłogę.

— Ja nawet nie wiem dokładnie ilu ich jest. Wiesz, „Herkules” jest dosyć pojemny, a za ciasno tam chyba nie mają.

— Zauważyłem.

— Gdy masz szansę zarobić kupę forsy, chyba przesadą byłoby za dużo pytać. Nie?

— Tak, tak rozumiem. A wypłata potem, co?

Zamiast potwierdzenia „Radio” usłyszał jeszcze jedno splunięcie.

— Z nikim nie rozmawiałeś? — zagadał znów kapitan.

— Trochę próbowałem, ale portugalski to dla mnie czarna magia. Zaraz zresztą przegonił mnie ten goryl. Nie wiedziałem co jest grane i dałem sobie spokój.

— Taak. Czyli nic nie wiemy — podsumował kapitan.

— Zaraz, zaraz… coś sobie przypomniałem.

— No — zachęcił go kapitan.

— Taki jeden też koniecznie chciał się dostać. Nie chcieli go wziąć, pokazywał jakieś papiery i mówił, że on też jest ten… gari… garimpos… czy coś takiego?

— Garimpeiros może?

— Chyba tak!

Kapitan nagle poderwał się z podłogi.

— A więc jednak! Znaleźli złoto? Ciekawe gdzie?

— Jakie złoto? — „Radio” był całkowicie zaskoczony.

— Garimpeiros to poszukiwacz złota — nie rozumiesz?

„Radio” spojrzał ciekawie w kierunku gdzie powinna znajdować się głowa kapitana. Ten człowiek w ogóle zapomniał, że porwali mu samolot! Niesłychane!

— Poszukiwacze złota — zaczął głośno myśleć kapitan, — więc w knajpie mówili prawdę. To po to ta cała tajemnica! Zależy im na uniknięciu rozgłosu. Wynajęli samolot, żeby zyskać na czasie.

„Radio” poczuł, że ktoś znowu wciska się między jego nogi, a działową ściankę.

— Chcą być pierwsi, zanim zjawi się reszta hołoty — zaczął przekonywać kapitan, gdy na powrót usadowił się na podłodze. — No, no… Ciekawe gdzie znów coś znaleźli.

— O jakiej hołocie pan mówi?

— Co?… A… ty tego nie rozumiesz. Nie znasz bracie Brazylii i Brazylijczyków — dodał. — Założę się, że oprócz Pelego żadnego z naszych nie znasz.

— Coś by się tam może znalazło.

— Dobra, dobra. Nie o to chodzi. U nas bracie — zapalał się kapitan — codziennie dwieście tysięcy ludzi grzebie za czymś w ziemi, a dwa miliony kręci się wokół nich. Wiesz… kupcy, agenci, szulerzy, prostytutki i tak dalej. Tego nie da się obcemu wytłumaczyć Tam robi adwokat obok pomywacza, burmistrz obok włóczęgi i tak dalej! . To siedzi w każdym z nas, bez względu na majętność, czy status społeczny.

— W panu też?

— A co myślisz! — obruszył się kapitan. — Ja też kopałem. To było, zaraz… zaraz, — zaczął sobie przypominać — a zresztą nieważne. Wziąłem zaległy urlop i pojechałem kopać. Nie złoto, tylko kryształ górski, a raczej kryształ kwarcu. Też cenny. Jeden kilogram kosztował wtedy trzydzieści tysięcy.

— Dolarów?

— Czyś ty, na głowę upadł! Cruzeiro. Niestety stoi o wiele niżej niż dolar.

— I tak sporo jak na jakiś kwarc.

— I to nie dla jubilerów — wyjaśniał kapitan. — Ma właściwości rozszczepiania głosu. Używają go w elektronice, czy w czymś takim.

— No i co? Udało się?

— A diabła tam… Kupiłem działkę piętnaście na piętnaście — metrów oczywiście — i dalej zabawiać się w kreta. Wiesz, że w życiu się tak nie naharowałem. Dwa miesiące tyrania i jeszcze do tego dopłaciłem.

— Widocznie miał pan pecha.

— Może, bo tylko paru się udało. To jak w ruletce. Na początku wszyscy myślą, że wygrywają, a to wszystko gówno prawda.

— Więc myśli pan, że jadą kopać złoto?

— No chyba. Stąd ta tajemnica — stwierdził kapitan.

— Mnie jednak coś tu nie gra — zaczął powątpiewać „Radio”.

— Co?

— Dlaczego porwali samolot!? — zezłościł się nagle. — Nie porywa się rzeczy przez siebie wynajętej! Równie dobrze mogli wyznaczyć inny kurs. Dla nas było obojętne gdzie polecimy!

— Tak. Masz rację — przytaknął szybko kapitan. — Przez chwilę zapomniałem gdzie jestem.

— Konkurencja? Po co? Lepiej porwać wykopane złoto niż poszukiwaczy.

— Nie porywaliby garimpeiros. To absurd! Tych jest tu na pęczki, wystarczy głośniej krzyknąć.

— Więc co?… Może polityka? — rozważał kolejną możliwość „Radio”.

— Znaczy się… porwać, aby coś wymusić?

— No… mniej więcej.

Kapitan poskrobał się po nieogolonej twarzy.

— Odpada. W tej części świata to nie przejdzie. Chłopie, w Ameryce Południowej były czasy, że dokonywano trzech przewrotów dziennie! Na śniadanie, obiad i kolację, a czasami i na podwieczorek. Samolotów by brakło — stwierdził z przekonaniem.

— Może okup? — znów zasugerował „Radio”?

— Za kogo? Za nich?! Nie rozśmieszaj mnie. Widziałeś ich bagaże? — kapitan znacząco podkreślił ostatni wyraz.

— Hm… Ma pan rację…

Przez chwilę w małej kajutce panowała cisza przerywana tylko głośnym posapywaniem dwóch mężczyzn. Kapitan pierwszy nie dał za wygraną.

— Czemu uprowadzili samolot? — dochodził dalej po swojemu.

— Nie wiem, ale mam nadzieję się dowiedzieć — „Radio” uważał, że wyczerpał na razie wszystkie możliwości.

— Tak? Od kogo?

— Od nich! Skoro nas od razu nie wykończyli, jak tamtego w kabinie, to chyba czegoś od nas chcą?

— Masz rację — przytaknął kapitan, — a swoją drogą ci biedacy mają nielichą przygodę. Pierwszy lot i od razy porwanie.

— Wątpię, czy w ogóle o czymś wiedzą.

— Taak — przeciągle potwierdził kapitan. — To biedota! Pewnie ostatnie pieniądze wydali na bilet. Nikt nie da za nich nawet złamanego szeląga, nie mówiąc już o czymś lepszym.

Dopiero po chwili dodał cichym głosem:

— Nawet się o nich nikt nie upomni…

Mężczyzna siedzący naprzeciwko dowódcy zastanowił się nad ostatnim zdaniem. Coś nagle błysnęło mu w głowie. „Nikt się o nich nie upomni” — może w tym coś jest!

cdn.