czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Justyna Jendzio: „Syn watahy” — odcinek 11.


Syn watahy odc. 11.

– Może to jest wasz sługa, panie Girdion.

Tępiciel skinął na Surię.

– Dzisiaj będziemy mieli długą noc – powiedział bardziej do siebie, ruszając na obchód podzamcza i zamku.

Girdion wrócił do karczmy. Jego sług nie było. Sala była pusta, bo wszyscy wybiegli na wieść o wilkołaku, a teraz szli obejrzeć trupa tego, który tym wilkołakiem był. Kazał sobie przynieść duży kufel piwa, które wypił duszkiem.

– Wreszcie ubito bestię – karczmarz był zadowolony, stawiając kolejne naczynie zapełnione złocistym napitkiem.

– Wreszcie? To nie był pierwszy atak?

– Na początku sezonu to bydlę dwa razy zaatakowało w zamku i okolicy. Później gdzieś się zaszyło.

To było wtedy, gdy przejeżdżali tędy w drodze na północ. To mógł być Talvar.

Przesiedział przy stole niemal do połowy nocy. Nie chciało mu się spać. Za dużo myśli kłębiło mu się w głowie. Pierwszy wrócił Syrre. Młody mężczyzna był zmęczony, ale jego twarz zdradzała zadowolenie. Pewnie był u jakiejś dziewki. Girdion zaprosił go do stołu i kufla. Dłuższy czas potem wszedł Unaru. Był chmurny i rozdrażniony.

– Psy pouciekały. Ledwie połapałem.

– Wiem. Byłem przy tym.

Unaru wydał się być zaskoczony.

– Byłem w psiarni. Nie widziałem was, panie.

– Bo razem z tępicielem ścigałem wilkołaka. Usiekł bestię.

Unaru patrzył na niego, jakby nie dowierzał lub nie do końca rozumiał, co mówi do niego szlachcic. Naraz wrócił ku rzeczywistości, powiódł wzrokiem po twarzy karczmarza i Syrre.

– Gdzie Talvar?

– Nie wróci do nas.

– Zginął? Bestia go zaatakowała?

Unaru utkwił spojrzenie w oczach szlachcica.

– Można tak powiedzieć – wolno powiedział Girdion. – Będziemy potrzebowali nowego poganiacza.

– Na bogów – jęknął Syrre.

– Opłaczesz go później – uciął jego lamenty szlachcic. – Rano poszukasz chętnego do poprowadzenia sań – polecił Unaru. – Teraz wypocznijcie. Jutro mamy sporo drogi do przebycia.

Unaru potwierdził skinieniem głowy. Jego rozdrażnienie mijało, a twarz stała się kamiennie spokojna. Syrre zwiesił głowę i wbił oczy w stół. Girdion zaklął i udał się do swojej izby.

Wstał przed świtem. Chodź nie zmrużył oka, nie czuł zmęczenia. Targały nim nerwy. Nigdy by nie przypuszczał, że w ten sposób straci przyjaciela. Że ten, któremu od tylu lat ufał, okaże się najgorszym wrogiem.

– Panie, znaleźliśmy chętnego poganiacza do wędrówki z nami na południe – oświadczył Syrre, wchodząc do sali jadalnej.

Za nim wszedł młody mężczyzna, może około dwudziestu lat, wysoki, szczupły, o wymizerowanej twarzy. Zsunął z głowy kaptur zdobnej kurty, ukazując ogniście rude, kręcone, zmierzwione loki. Girdion jednym spojrzeniem ocenił mężczyznę. Gołowąs. Przybył tu, zwabiony możliwością zarobku, a jego jedynym przygotowaniem był zapał i entuzjazm. Po jego dłoniach – delikatnych, choć teraz naznaczonych trudami pobytu na północy – poznał, że tak jak i on, jest szlachetnego urodzenia. Bo tylko takich stać było na wykup zezwoleń na polowanie. Ci, którzy polowali bez zezwoleń, musieli być nie tylko dobrymi myśliwymi, ale i umieć uchodzić patrolom i poruszać się po trudnych, niestrzeżonych szlakach. A ten rudzielec z pewnością do takich nie należał.

– Jak cię zwą?

– Gaulif.

– Byłeś czyimś poganiaczem?

Zapytany na moment ściągnął brwi. Pytanie było dla niego obraźliwe. Girdion zadał je celowo. Chciał sprawdzić nowego. Nie potrzebował w drużynie rozkapryszonego, nie umiejącego podporządkować się dyscyplinie i nie znającego swego miejsca szlachciątka. Nowy musi wiedzieć, że będzie traktowany, jak każdy inny sługa. Na tych ziemiach urodzenie nie miało znaczenia, liczyła się przydatność do pracy.

– Nie, panie – Gaulif odpowiedział spokojnie – sam miałem poganiacza. Jednak Palimir nie wiódł moim krokom i niewiele zwierzyny naganiał mi pod strzały.

Girdion uśmiechnął się w duchu. Pewnie ten młodzik był wybornym strzelcem na turniejach, ale płochliwa foka, potężny biały niedźwiedź czy niebezpieczny maragan, to nie słomiana tarcza. Trzeba było je wytropić, podejść, a następnie położyć jedną strzałą. Inaczej albo by uciekły, albo zaatakowały myśliwego. A w przypadku maragana, mogło się to skończyć śmiercią.

Girdion nie zapytał, co stało się z poganiaczem Gaulifa. Domyślał się.

– Masz swoje sanie?

Mężczyzna potwierdził skinieniem głowy.

– Dużo skór?

Zaciskając szczęki w upokorzeniu, nowy poganiacz przecząco pokręcił głową.

– Sprzedaj psy i sanie. Tu jeszcze weźmiesz za nie jakąś cenę. Na południu niewiele będą warte. Ci, którzy mają dużo ładunku, potrzebują psów, więc nie powinieneś mieć trudności. Skóry przeładujemy na moje. Poprowadzisz jeden z moich zaprzęgów. Idź. Wyruszamy tuż po świcie.

Gaulif pokłonił się mu i wyszedł.

– Co o nim sądzisz, panie? – spytał Syrre.

– Nie mamy wyboru. Inni też potrzebują poganiaczy, więc nawet ten, to okazja. Weźmiemy go w środek, psy pójdą za resztą, więc nie powinno być kłopotów. Byleby dotrzeć do Sungrud. Tam rozstaniemy się z naszym nowym przyjacielem. Szykujcie zaprzęgi.

Pierwszy przez bramę przejechał Unaru, drugi Gaulif, za nim Syrre. Stawkę zamykał Girdion. Nim szlachcic przejechał przez bramę, drogę zastąpił mu pan Sardiv.

– Twój człowiek uciekł za mury – ostrzegł Girdiona. – Nie udało mi się go dojść. Tymczasem bestia gdzieś tam jest. Wyczuwam jej obecność i jestem pewien, że podąży twoim śladem. Bądź zatem czujny, panie.

Wyciągnął rękę, wręczając mu trzy strzały zakończone srebrnymi grotami z charakterystycznymi zadziorami, które uniemożliwiały wyjęcie ich z ciała, bez jego koszmarnego rozdarcia i bólu.

– Mogą być wam bardzo przydatne.

Był to drogi podarunek, niemniej pan Sardiv odmówił przyjęcia foczej skóry jako zapłaty. Girdion podziękował mu skinieniem głowy.

Tydzień później rozbili obóz nad brzegiem rzeki. Była ciągle skuta lodem i mogła posłużyć jako doskonały szlak podróży. Przed namiotami rozpalili spore ognisko, na którym piekli dwie dzikie gęsi, które już wracały na północ po przezimowaniu na dalekim południu. Tę wyśmienitą kolację zawdzięczali doskonałemu oku Gaulifa. Girdion musiał przyznać, że jako strzelec dworski był wyborowy. Z pewnością wygrywał turnieje strzelania do nieruchomego celu i wypuszczanego ptactwa. Natomiast ledwo co czytał ślady dzikiej zwierzyny, nie potrafił się podkradać i kiepsko radził sobie z zaprzęgiem. Jednak dzisiaj poprawił nieco swój wizerunek w oczach towarzyszy. Tłuste gęsi smakowały doskonale i poprawiały humory. Przed udaniem się na spoczynek, wyznaczyli warty.

– Panie – szarpanie za stopę wybudziło Girdiona ze snu.

– Co się dzieje? – mruknął, z trudem odganiając resztki snu.

– Psy się niepokoją – odparł Gaulif.

W jednej chwili wróciła mu przytomność. Wyczołgał się z namiotu. Psy powytykały łby z nor i rozglądały się wokół, warcząc i szczerząc kły. Girdion już nie łudził się, że czuły zwierzynę. Odruchowo sięgnął pod kurtę, upewniając się, że ma pod nią ów niewielki srebrny nożyk. Przyciągnął też kołczan, w którym tkwiły trzy srebrne strzały, podarowane mu przez tępiciela. Wstał i jednym spojrzeniem ogarnął sytuację. O kilkadziesiąt kroków od nich, na zamarzniętej rzece stał Unaru i wpatrywał się w coś, czego szlachcic nie dostrzegał. Wszystkie psy spoglądały w tym samym kierunku.

– Jest gdzieś tam – krzyknął do nich Unaru – pójdę sprawdzę.

– Zostań – nakazał.

Jednak Unaru nie słuchał. Trzymając w dłoniach włócznię, pobiegł przed siebie. Syrre również chwycił za łuk i włócznię. Girdion doskoczył do niego i pochwycił za ramię.

– Chcesz zginąć!?

– Jak nie pomożemy Unaru, to on zginie.

cdn.