czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Krzysztof Pallarz: „Jak po prostu przeżeglowałem Atlantyk” — odcinek 3.


3 kwietnia, niedziela. Rodney Bay

Godzina szósta rano, nie mogłem długo spać.

Markus w nocy swoim – pssst! pssst! – ciągle mnie budził.

Czyżbym głośno chrapał?

Wstajemy. Bardzo miło się pozdrawiamy. Żaden z nas nie wspomina nocnych zakłóceń.

Poranna toaleta dokonywana jest w bardzo skromnej umywalni portowej, która w żadnej mierze nie odpowiada standardowi toalet w żeglarskich portach Chorwacji albo Turcji.

O godzinie ósmej wszyscy są gotowi do wypełnienia zaplanowanych zadań.

Pierwsze zadanie to wybór skarbnika. Brak ochotnika. Więc wyboru dokonujemy przy pomocy rzutu dwóch kości. Najmniejsza liczba wskazuje skarbnika. Ja wyrzucam sumę 8, a Rolf, niestety, tylko 2. Tak więc Rolf zostaje skarbnikiem. Biedny Rolf, złota rączka do wszystkiego, tylko nie do finansów!

Następne zadanie, to zaprowiantowanie. Skipper, Markus i ja udajemy się po zakup prowiantu do odległego o parę kilometrów, wielobranżowego marketu. Reszta zobowiązana jest dostarczyć napoje. Jedziemy rozklekotanym, małym busikiem, zatrzymanym przez podniesienie ręki.

W markecie, stosownie do sporządzonej przez skippera listy, zapełniamy prowiantem siedem wózków zakupowych. Przy zapłacie pojawiają się problemy, moja karta kredytowa jest nie akceptowana. Wpłacam posiadaną gotówkę, 250 €, resztę zapłaty musi przejąć Markus swoją kartą kredytową. Do portu wracamy dwoma taksówkami.

Rozpoczyna się żmudna praca zaprowiantowania jachtu. Stefan i Markus sporządzają listę prowiantową oraz odpowiednio numerują puszki żywnościowe. Ja z Yorkiem układam je w wolnych przestrzeniach pod siedzeniami w salonie. Puszki z piwem (500 sztuk), coca cola oraz lemoniada zostają zabunkrowane w skrzyni łańcucha kotwicznego. Wielkie ilości wody mineralnej ułożono w pozostałych wolnych jeszcze miejscach. Zapasy prowiantu przewidziane są na 21 dni.

Wspólnie decydujemy o zakupie morskiego sprzętu wędkarskiego od załogi poprzedniego rejsu karaibskiego. Wartość sprzętu około 300 €, kupujemy za jedyne 150 €.

Atmosfera wśród załogi jest bardzo dobra.

Od godziny 13:00 do 16:00 czas wolny, rozpoczynam filmowanie.

 

 

A teraz trochę wiedzy encyklopedycznej o Karaibach. Wyspy Karaibskie to Antyle Wielkie i Małe, które rozciągają się łukiem o długości około 4.000 km od półwyspu Jukatan aż do wybrzeży Wenezueli i oddzielają Ocean Atlantycki od Morza Karaibskiego. Antyle Wielkie są pochodzenia kontynentalnego a Antyle Małe to wyspy pochodzenia wulkanicznego i koralowego. Archipelag Małych Antyli obejmuje Wyspy Podwietrzne z St. Lucia, oraz Wyspy Zawietrzne.

W 1492 Krzysztof Kolumb ląduje na Guanahani (obecnie San Salvador, Bahamas), później na Kubie oraz Hispanioli, gdzie zakłada pierwsze europejskie osiedla. W latach późniejszych Kolumb odkrywa kolejne małe wyspy na wschodzie. Archipelag tych odkrytych wysp zaczyna nosić nazwę Indii Zachodnich.

Z początkiem XVI wieku pojawiają się na Antylach Europejczycy, od roku 1524 zostają sprowadzeni do pracy na plantacjach pierwsi afrykańscy niewolnicy. W XVII wieku powstają kolonie angielskie, holenderskie i francuskie. W roku 1754 pojawiają się również Duńczycy i kolonizują trzy małe wyspy. Czas kolonizacji to czas powstań niewolników, wojen i bezwzględnej rywalizacji o wpływy między kolonizatorskimi mocarstwami.

Rozstrzygająca polityczno-socjalna zmiana dokonała się z początkiem XIX wieku, kiedy to większość wyspiarskich społeczeństw uzyskała, w wyniku krwawych powstań, wolność. Wolność ta była i jest twardym losem. Po wielu wiekach niewolniczego wyzysku, wyzwoleni ludzie nie posiadali żadnych dóbr i praw. Dlatego też tylko bardzo wolno mogły powstawać drobne gospodarstwa rolne albo rzemiosło. Największym osiągnięciem wyzwolenia jest to, że Czarny stał się „człowiekiem”. Zaczął posiadać nie tylko obowiązki, ale i prawa.

Gospodarcze i polityczne nici wysp pozostają w dalszym ciągu w rękach kilkudziesięciu białych rodzin.

Na wszystkich wyspach dostrzega się mieszaninę wpływów starego i nowego świata, amerykańskiego kontynentu, Afryki i Europy. W wieloetnicznym społeczeństwie odzwierciedlają się wpływy przeszłości, od czasów kolonializmu do teraźniejszości.

Niemniej dramatyczna i zdumiewająca jest historia powstania wysp. Jedne powstały z koralowych narostów, inne z morskich osadów, a jeszcze inne zostały uformowane przez wypluwaną przez wulkany lawę.

Egzystencja wysp Małych Antyli, poza Barbados, jest związana z wulkanami. W tym regionie przesuwa się karaibska płyta pod atlantycką płytę skorupy ziemskiej, skąd powstające wulkany oraz ich wybuchy bezpośrednio ukształtowały powierzchnię wysp archipelagu. Wybuchy wulkanów zdarzają się tutaj na porządku dziennym.

Na przykład na St.Luci w rejonie częściowo zapadniętej krawędzi wulkanu ukształtował się księżycowy krajobraz z bulgocącymi szlamem kraterami, z wrzącą wodą mineralną oraz prychającymi źródłami siarki.

Na zachodnim wybrzeżu królują bliźniacze stożki z lawy wulkanicznej, które wyrastają bezpośrednio z morza, o wysokości dochodzącej do prawie 800 metrów.

Najwyższym szczytem jest Mount Gimie (950 m), nad którym wiszą ciągle pasatowe chmury troszczące się o dostateczną wilgotność w urodzajnym centrum wyspy.

Barbados natomiast powstał przez podniesienie podmorskich wapiennych osadów, ozdobionych koralowymi polipami, trzonami, które zaczynają rosnąć, gdy wapienna płyta osiąga głębokość 40 metrów pod lustrem wody.

Równie emocjonujący jest krajobraz pod wodą. Jest to świat podwodnych wulkanicznych law w błękitnym firmamencie morskiej wody, świat labiryntów jaskiń oraz raf koralowych.

Przeważnie nad wyspami panuje łagodny wiatr. Bez nieustannego ruchu powietrza, którego średnia temperatura wynosi 27°C, byłyby te wyspy, leżące pod Zwrotnikiem Raka, zupełnie wypalone. Pasaty (trade winds), które przywiały odkrywców na Antyle, wieją z północnego-wschodu, wypadają się z deszczu nad atlantycką stroną wysp, żeby powachlować suchym powietrzem zawietrzne wybrzeża.

Poza wulkanami, do tutejszych fenomenów zaliczają się huragany, o których potem.

 

 

„Helen of the Westindies”, „Piękna Helena Antyli” to, od kolonialnych czasów, pięknie brzmiący przydomek St. Lucii. Krajobraz tej wyspy jest również typowy dla Karaibów, typową jest również jej historia.

Krzysztof Kolumb i Hiszpanie znali wyspę tylko z dystansu. W drodze do Ameryki Południowej przepływali obok St. Lucii, nie odwiedzając jej.

Karaibowie, przez wiele lat, bronili „swojego lagunowego kraju” przed inwazyjnymi próbami Holendrów i Brytyjczyków.

Dopiero około 1650 roku udało się francuskim kolonizatorom osiedlić się na długi okres czasu. Potem zmieniały się powiewające flagi, przynajmniej 15-krotnie, z trikoloru na Union Jack (narodowa brytyjska flaga), aż w 1814 roku ostatecznie ugruntowała się władza Brytyjczyków.

Jednak wpływ francuskiej kultury, w tym niezależnym od 1979 roku kraju, jest ciągle obecny. Aż 80% ze 150 000 wyspiarzy jest wyznania rzymsko-katolickiego, a nie wyznania anglikańskiego. Najlepiej precyzuje narodową identyfikację wyspiarzy żyjący na St. Lucia laureat Nagrody Nobla, pisarz, Derek Walcott, .

“I’m just a red nigger who love the sea
I had a sound colonial edukation
I have Dutch, nigger and English in me
and I’m nobody, or I’m a nation”

Co w moim tłumaczeniu znaczy:

“Jestem czerwonym Murzynem, kochającym morze
posiadam prawdziwy kolonialny dyplom,
mam w sobie coś holenderskiego,
coś murzyńskiego i angielskiego,
jestem nikim albo posiadam jakąś narodowość“.

 

Wszystkie cuda, które od europejskiego odkrycia Wysp Karaibskich zostały o wyspach napisane, wydają się ciągle jeszcze aktualne. Natura straciła trochę na bujności, jednak łańcuch prawie 20 małych wysp fascynuje w dalszym ciągu. Aromatyczne, korzenne zapachy egzotycznych roślin i ziół łaskoczą zmysł powonienia. Łagodna zieleń lasów, soczysta czerwień, żółć albo fioletowe tony w szerokim spektrum kwiatowego bogactwa stanowią lustrzane odbicie tęczy, która rozjaśnia chmurne niebo w deszczowych miesiącach.

Żeglarze przeżywają z bliska fascynujące zjawiska natury, doświadczają jej dobroci, np. wiatru jako głównego napędu jachtu żaglowego, ale często również doznają jego okrutnej oraz bezwzględnej, przerażającej mocy. Do tych fenomenów, w różnych rejonach globu ziemskiego różnie nazywanych, zaliczają się: huragany na północnym, a tajfuny na zachodnim Atlantyku, cyklony na północnej części Oceanu Indyjskiego, Willy-Willy w rejonie Australii.

Takie monstrum jak huragan, jest jak gigantyczna atmosferyczna siłownia cieplna, produkująca niewyobrażalną ilość energii, 10 000 000 000 000 kWh w jednym dniu. Jest to istotnie więcej energii, niż dzienna produkcja energii przez całą ludzkość na ziemi.

Z meteorologicznego punktu widzenia, jak twierdzą fachowcy, powstanie takiego sztormu daje się łatwo wytłumaczyć.

Gorące, suche powietrze znad Sahary koliduje z zimnymi i wilgotnymi masami powietrza znad Sahelu. Podczas normalnych warunków kolizje te wytwarzają małe niżowe prądy, które dryfują nad Atlantyk. Przy tym powstające chmury, w najczęstszych przypadkach, tracą swoją wilgotność poprzez opady deszczu i następnie rozwiązują się.

Ale czasami te niżowe obszary wzmacniają się. Następuje to wtedy, kiedy w okresie późnego lata i jesieni, temperatury wody są wysokie i osiągają 27°C albo i więcej.

Jeżeli niże znajdą się w dostatecznej odległości od równika i leżą powyżej 6° północnej szerokości geograficznej, to dostają się pod wpływ odśrodkowej siły Coriolisa, która wywołana jest obrotowym ruchem ziemi. Siła ta jest dostatecznie sprawna by wprawić obszar niskiego ciśnienia w ruch rotacyjny. Siła Coriolisa jest również odpowiedzialna za zjawisko polegające na tym, że strumień powietrza nie przemieszcza się najkrótszą drogą między obszarem niskiego i wysokiego ciśnienia, lecz odchyla się łukiem od prostego kierunku i porusza się do centrum z niskim ciśnieniem, w ruchu przeciwnym do wskazówek zegara.

Gorące i wilgotne powietrze ponad powierzchnią wody wznosi się i kiedy natrafi na akurat przeciągający się niż, powstaje podobny efekt, jakby została zdjęta pokrywa z garnka z gotującą wodą. Gorące powietrze wznosząc się do góry, traci wilgotność oraz energię, co wzmaga prędkość rotacyjną niżu. Bogate uzupełnienie tego zjawiska następuje z dołu, proces znajduje się w pełnym biegu. Po paru dniach tropikalny niż może się rozwinąć do tropikalnego sztormu, a jeśli prędkość przekroczy 64 węzły, rozwija się do huraganu.

Najczęściej huragany zostają zniszczone przez naturę w swym początkowym stadium meteorologicznego zakłócenia. Między innymi pomaga w tym morski prąd na Pacyfiku, nazwany El Nino, w tłumaczeniu „Dziecko”. Dokładnie „Dzieciątko Jezus”, ponieważ prąd ten kiedyś przepływał w okresie Bożego Narodzenia. El Nino wytwarza zachodnie wiatry, które wieją ponad połową globu i docierając do Afryki, rozpraszają tamtejsze gęste masy chmur. Jak twierdzą meteorolodzy, z tego powodu do roku 1994 występowało bardzo mało huraganów.

Od paru lat obserwuje się, niestety, zanik oddziaływania El Nino, a stąd brak zachodnich wiatrów hamujących powstawanie huraganów.

Amerykański badacz atmosfery, William Gray z Uniwersytetu Colorado, jest przekonany, że obok prądów powietrznych na dużych wysokościach oraz El Nino istnieje jeszcze jeden przyczynek wpływający na powstawanie tropikalnych huraganów na północnym Atlantyku. Są to prądy morskie transportujące do Atlantyku ogromne masy ciepłej wody z Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku, które istotnie wpływają na podwyższenie temperatury wód Atlantyku, która sięga wtedy nawet 30°C.

Dopiero w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zastosowano satelity meteorologiczne, udało się dokładnie poznać strukturę huraganów. Przy zbliżaniu się do oka huraganu wiatr słabnie i przechodzi z huraganu do sztormu, który następnie osłabia się do łagodnego powiewu. Relacjonowano, że statki, które znalazły się w pobliżu centrum huraganu, zostały odwiedzane przez owady, motyle i ptaki. Tylko wysokość krzyżujących się fal morskich oraz wskazówka barometru spadająca do początku skali świadczy niezbicie, że idylla ciszy jest zwodnicza. Najpóźniej w dwie godziny po relaksowej spokojnej pauzie, wiatr osiągnie równie szybko, jak ucichł, prędkość orkanu. Ale teraz będzie wiał w przeciwnym kierunku. Kiedyś mniemano, że ten sztorm przychodzi z powrotem.

Mocno usadowiony w rozległym pasatowym strumieniu cyklon przeciąga na zachód, początkowo z przeciętną prędkością 10 do 12 węzłów. Przemieszczając się po swoim tropikalnym torze wzmacnia się stopniowo i osiąga często w zachodniej części oceanu szczyt swojego rozwoju.

Przeciętna żywotność tropikalnych huraganów wynosi 10 dni. Te wirujące spirale wiatru osiągają nawet średnicę 800 km. W tym czasie przemieszczają się one o około 3500 mil morskich. Północny Atlantyk produkuje rocznie w ostatnich latach przeciętnie ponad dziesięć huraganów.

Podczas gdy małe wyspy ledwo wywierają wrażenie na wszechpotężnych fenomenach pogodowych, duże wyspy stanowią już dla nich znaczne przeszkody i kosztują wiele energii.

Dla sklasyfikowania huraganów musiano rozszerzyć wysłużoną skalę Beauforta. Międzynarodowe uznanie znalazła pięciostopniowa Skala Saffira-Simpsona. Dla porównania huragan w skali Beauforta jest określony ostatnim 12. stopniem, przy którym wiatr osiąga prędkość 117 km/h i więcej.   

 

Skala Saffira-Simpsona

Stopień Określenie Prędkość wiatru, km/h
1 słaby 118-153
2 średni 154-177
3 silny 178-209
4 bardzo silny 210-249
5 wyniszczający 250 i więcej

 

 

Najgorsze co może się przydarzyć żeglarzowi, to znaleźć się na jachcie żaglowym w takim huraganie. Bezpieczny sektor, mimo twierdzeń wielu książkowych autorów, w tym piekle nie istnieje. Istnieje tylko, od biedy, sektor mniejszego zła. Leży on w tropikalnym orkanie zawsze w kierunku równika, gdzie kierunek zawirowania wiatru i kierunek przemieszczania się orkanu są przeciwne.

Na tym kończę wywody meteorologiczne i powracam na „Salt Whistle”.

 

 

A tymczasem, Markus pokazuje artykuł w austriackim czasopiśmie z dnia 30 marca br., opisujący dramatyczne przeżycia czterech żeglarzy w czasie groźnego sztormu, w okolicach Wysp Azorskich. Bardzo silny sztorm z falami o wysokości do około 15 metrów spowodował parokrotne przewrócenie jachtu. Żeglarze doznali rozlicznych obrażeń i walcząc o przeżycie, dotarli do wyspy Flores, położonej na północny-zachód od głównej grupy wysp Azorów, Faial i Pico. Artykuł ten Markus otrzymał od narzeczonej na wiedeńskim lotnisku przed odlotem. Ten wielce „pocieszający” akcent wywołał, oczywiście, małą dyskusję, która jednak została zakończona optymistyczną konkluzją. Pechowi koledzy żeglarze wypłynęli z Gwadelupy, a nie jak my, z St. Lucia – stąd brak powodów do obaw!

W rozmowie ze skipperem Christophem okazuje się, że jest on również, jak ja, urodzony w marcu. Jest więc również zodiakalną Rybą. Jest to, obok Krzysztofa Tybla (też żeglarz, też urodzony w marcu) trzecia żeglarska ryba w kręgu moich bliskich znajomych.

Czy to jest tylko przypadek?

Skipper Christoph pochodzi z Rostocka, ma 29 lat, wiele lat żeglował zawodowo i, mimo tak młodego wieku, zebrał wielkie żeglarskie doświadczenie na dwóch oceanach i paru morzach tego świata.

Przed kolacją cała załoga kąpie się w basenie ze słodką wodą.

Po kąpieli odświeżeni i przebrani w wyjściowe odzienie maszerujemy na wspólna kolację do portowej restauracji. Personel jest bardzo miły, zajadamy półegzotyczne potrawy, popijamy bardzo zimnym, karaibskim piwem. Wracamy na jacht.

Skipper objaśnia rejsową metodę racjonowania wody. Każdy członek załogi otrzymuje dwulitrową, plastikową butelkę, opisuje ją swoim imieniem. Co drugi dzień butelka ta będzie napełniana wodą. Ta skromna racja wody powinna wystarczyć dla osobistych potrzeb higienicznych. Bardzo prosta i skuteczna metoda.

Następnie zostaje objaśniony plan wacht. Główna zasada - co cztery godziny, dwie godziny wachty – jedna aktywna godzina (jako sternik) oraz jedna pasywna godzina (jako obserwator, jako prowadzący dziennik pokładowy oraz trymujący ożaglowanie). Skipper będzie z tych wacht wyłączony.

Niejasne sytuacje, jak zbliżanie się statków, refowanie żagli, konieczność wykonania zwrotu przez sztag albo rufę należy natychmiast meldować skipperowi.

Kabinowi współtowarzysze – ze względu na możliwość samodzielnego wypoczęcia i wyspania się – będą odpowiednio w wachtach rozstawieni.

Po części oficjalnej, czas na wieczorne gawędy i czas poznawania się. Z wielką uwagą wysłuchuję każdej wypowiedzi. Ciekawi mnie bardzo motywacja poszczególnych towarzyszy podróży do podjęcia decyzji żeglugi przez Atlantyk.

Bardzo późno w nocy kończymy dysputy i udajemy się spać. Ja postanawiam spać na pokładzie.

cdn.