czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Janusz Gembalski: „Fatum” — odcinek 9.


Janusz Gembalski

FATUM

Rozdział VI

Sobotni ranek przywitał nas deszczem. Zachmurzyło się tak, że raczej trudno było liczyć na słoneczny weekend. Wstaliśmy późno, więc dopiero po 11.00 byliśmy po śniadaniu. Poszedłem po gazety, a Zula robiła się na bóstwo. Kiedy wróciłem, rozmawiała przez telefon. Nie chciałem jej przeszkadzać, więc zająłem się prasówką. Zacząłem od „Przekroju”, którego dawno nie czytałem. Wprawdzie był to dalej niby niezależny tygodnik dla inteligencji, jednak zauważyłem, że stan wojenny i obecna sytuacja polityczna także wywarła wpływ na redakcję. Zanim Zula skończyła rozmowę, zdążyłem już przeczytać dwa spore artykuły.

– Właśnie rozmawiałam z Izą. To prawniczka, o której ci wczoraj opowiadałam. Jej mąż wyjechał do Warszawy, a ona w taką pogodę nie ma zamiaru się ruszać z domu. Jeżeli nam nie przeszkadza, że nas przyjmie w szlafroku, to możemy do niej wpaść.

Ona woli, żeby to było dzisiaj, bo przez cały tydzień ma tyle pracy, że może nie znaleźć dla nas czasu. Radzi, żebyśmy wpadli jak najwcześniej, bo ma chandrę, a wtedy się rżnie albo pije. Dzisiaj akurat jest na etapie picia i przed momentem otworzyła słoik z kwaszonymi ogórkami na zagrychę.

Ponieważ mieszkała dosyć daleko, postanowiliśmy pojechać taksówką. Dobrze, że zabraliśmy parasol, bo przy tej pogodzie czekaliśmy na postoju ponad dwadzieścia minut.

Iza mieszkała w dość sporej willi na Woli Justowskiej w pobliżu Lasku Wolskiego. Kiedy zadzwoniliśmy do domofonu, czekaliśmy dobre dziesięć minut przed furtką obszczekiwani przez ładną, ale groźnie wyglądającą dobermanicę. Już mieliśmy odejść, kiedy otworzyły się drzwi i wyszła do nas Iza pod ogromnym parasolem w klapkach założonych na gołe nogi i futrze zarzuconym na długi szlafrok. Dobermanka grzecznie zamknęła mordę, ale za to Iza ją otwarła:

– Kurwa! Zachciało się staremu idiocie zagranicznych nowości. Ten mój debil znowu nie dopilnował naprawy domofonu. Dobrze, kurwa, że przynajmniej dzwonek słychać, ale nie da się zwolnić zamka i wpuścić gości. Drę się jak jakaś głupia cipa do tej zasranej słuchawki i dopiero po chwili kapnęłam się, że chyba mikrofon nie działa, a wy mnie nie słyszycie. Jedynie ze sraczyka okno wychodzi na furtkę, ale ono naturalnie też jest spieprzone i nie mogłam go otworzyć. Jak, kurwa, ten mój stary wróci, to mu chyba ten łysy łeb rozwalę.

Przyznam, że nie spodziewałem się tak bogatej wiązanki z ust jednej z najzdolniejszych podobno krakowskich prawniczek. Zanim nas wpuściła za furtkę, jeszcze przynajmniej z pięć razy rzuciła kurwami, a sukę zamknęła w garażu.

Miała jakieś trzydzieści sześć czy czterdzieści lat. Pomimo braku makijażu, wyglądała dosyć atrakcyjnie. Czarne proste włosy ładnie i krótko obcięte nie wymagały specjalnych zabiegów pielęgnacyjnych, aby jako tako wyglądać po wstaniu z łóżka. Przypuszczam, że na co dzień, kiedy jest odpieprzona w eleganckie ciuchy, wygląda na tyle atrakcyjnie, że oglądają się za nią wszyscy faceci bez względu na wiek.

– Iza jestem – przedstawiła się, podając mi rękę.

Kiedy chciałem ją pocałować w dłoń, przytrzymała ją w mocnym uścisku tak, aby mi to uniemożliwić.

– Nie lubię tego. W pracy, to co innego. Tam niech mnie cmokają służbowo. Jesteś przyjacielem Zuli, a więc i moim. Mów mi po imieniu i możesz mnie nie całować, chyba że w dupę, bo akurat to bardzo lubię. Nie wiem co ci Zula o mnie naopowiadała, ale masz okazję poznać mnie taką, jaką jestem, a nie z tą służbową maską na twarzy „towarzyszki mecenas”.

Rzuciłem okiem na chatę. Dom był od frontu cały obrośnięty bluszczem i sądzę, że wybudowano go w okresie gomółkowsko-gierkowskim. Z zewnątrz robił wrażenie prostopadłościanu z płaskim dachem, ale w tej ulewie, która się dopiero w pełni rozpętała, nie zauważyłem większej ilości szczegółów.

Nie wiem jak długo byśmy jeszcze stali na dworze rozmawiając, gdyby deszcz nie zamienił się w grad. Od furtki do wejścia prowadził dość wąski chodnik, więc trudno było się zmieścić we dwójkę pod parasolem Zuli. W pewnym momencie przeskakując przez kałużę nie zauważyłem, że trafiam wprost w wielkie psie gówno. Poślizgnąłem się tak, że wykonawszy piruet wokół własnej osi straciłem równowagę i usiadłem tyłkiem w sam środek podstępnie zastawionej przez dobermankę przeciwpiechotnej miny. Różna była reakcja kobiet. Zatroskana Zula z matczyną opiekuńczością i troską pomagała mi się podnieść, natomiast Iza dostała takiego ataku śmiechu, że chyba musiała popuścić w majtki, a w końcu krzyknęła:

– Takiego uroczystego wejścia do domu jeszcze nikt nie zrobił, ale to chyba na szczęście!

Byłem nieco odmiennego zdania, jako że gówno jakoś nigdy nie wieściło dla mnie nic dobrego, a ja wyglądałem okropnie cały ubłocony i wypaprany w kupie.

Weszliśmy do dużego holu. Dobrze, że był wykafelkowany, to nie musiałem uważać, aby nie zabrudzić podłogi. Obie panie doszły do wniosku, że muszę się cały rozebrać. Kazały mi zrzucić z siebie wszystko na podłogę, tak że zostałem w samych majtkach. Iza zaprowadziła mnie do łazienki i powiedziała, żebym wziął prysznic i ubrał się w szlafrok jej męża, natomiast Zula od razu zabrała moje ciuchy i poszła do znajdującej się w przyziemiu pralni, żeby zrobić z nimi porządek.

– Zaraz przyjdę po twoje majtki, bo też są mokre i wypaprane na pupie.

Prysznic znajdował się we wnęce na wprost wejścia do łazienki. Nie było żadnej zasłonki, więc chciałem zamknąć drzwi na klucz, lecz niestety nie było klucza ani żadnego innego zamknięcia. Kiedy stałem pod prysznicem tak jak mnie Pan Bóg stworzył, otworzyły się drzwi i do łazienki weszła Zula po majtki. Jej nie musiałem się wstydzić, więc spokojnie zacząłem myć głowę. Kiedy byłem całkowicie namydlony, ponownie usłyszałem jak drzwi się otwierają i sądząc, że to Zula, spokojnie z zamkniętymi oczami zacząłem spłukiwać włosy. Kiedy już pozbyłem się piany i spojrzałem przed siebie, odruchowo przykryłem rękoma swoje przyrodzenie, widząc twarz Izy ze wzrokiem skierowanym w moje krocze.

– Przyniosłam ci świeży ręcznik, a swojego kutasa nie musisz się wstydzić, bo masz co pokazać. Teraz nie dziwię się Zuli, że cię tak niańczy, bo chyba jest po co.

Zatkało mnie zupełnie. Nigdy się nie zastanawiałem, czy to coś u mnie jest małe, czy duże i czy to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie dla kobiety. Zula nic nie wspominała na ten temat, a ja po prostu myślałem, że każdy facet ma takiego samego ptaszka i że w tym wypadku nie ma jakichś zasadniczych różnic anatomicznych. Kiedy w pożyczonym szlafroku wyszedłem z łazienki, Iza zaprosiła mnie do salonu. Dzień był chłodny, więc paliło się w kominku, a przed nim na krzesłach suszyły się moje ciuchy.

– Podkręciłam centralne, więc za jakąś godzinkę kaloryfery będą na tyle ciepłe, że twoje szmatki przeniesiemy na grzejniki, tak że za pół dnia powinny wyschnąć. Jesteście zmuszeni, aby mi towarzyszyć przez parę godzin, z czego się bardzo cieszę. W najgorszym razie, jeżeli to jeszcze będzie mokre, to wskoczysz w szmaty mojego starego. Tylko, że on jest od ciebie niższy o głowę i trzy razy grubszy.

Na stoliku stojącym przy skórzanym komplecie wypoczynkowym stała już napoczęta litrowa butelka wyborowej i napoleon. Obok słoja z ogórkami pojawiły się marynowane śledzie oraz wielki półmisek ciasteczek.

– Nie jest to może zbyt wykwintne przyjęcie, ale nic innego nie mam w domu, bo ze mnie taka gospodyni, jak z koziej dupy klarnet. Jak będziecie głodni, to zadzwonię po znajomego taksiarza, dam mu menażki i przywiezie coś ciepłego z „Kręgielni”. Mnie osobiście przy chandrze wystarczają ogórki. Dobrze, że rzadko mi się zdarzają takie dni, no a po takim numerze jaki dziś wykręciłeś z tym gównem, chandra mi zupełnie przeszła. Wiem, że Zula prawie wcale nie pije. Podobno ty też nie jesteś za dobry w te klocki, ale mam nadzieję, że przy tej pogodzie parę kieliszków dobrze nam wszystkim zrobi.

cdn.