czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Justyna Jendzio: „Myśliwi Północy” odc. 3 — odcinek 3.


odc. 3.

Po po­łu­dniu spo­strzegł za­mek Ye­l­de. Oce­an sko­ń­czył się i trze­ba by­ło do­je­chać do za­mko­wych mu­rów stro­mym zbo­czem wy­brze­ża wy­s­py, na któ­rej te­raz się zna­le­ź­li. Ar­no­ku wie­dział, gdzie jest na­jo­d­po­wie­d­nie­j­sze mie­j­s­ce do pod­ja­z­du, gdyż od pa­ru lat, co ro­ku prze­mie­rzał tę sa­mą tra­sę. Ko­sz­to­wa­ło to je­go psy spo­ro wy­si­ł­ku, ale wre­sz­cie wszy­s­cy sta­nę­li zmę­cze­ni i za­dy­sza­ni sta­nę­li na szczy­cie wy­brzeża. Za­mek był już bli­s­ko, na nie­du­żym wzgó­rzu. Nim je­d­nak do­ta­r­li choć­by do roz­bi­tych pod za­mkiem na­mio­tów, uwa­gę Ar­no­ku przy­ku­ło sku­pi­s­ko od­da­lo­nych od obo­zo­wi­s­ka psów. Mę­ż­czy­z­na na­tych­miast do­my­ś­lił się, co się dzie­je. Po śro­d­ku utwo­rzo­ne­go przez zwie­rzę­ta ko­ła dwa sa­m­ce krą­ży­ły na szty­w­nych ła­pach ko­ło sie­bie. Oba je­ży­ły sierść i od­sła­nia­ły dłu­gie, ocie­ka­ją­ce śli­ną kły, aż do krwi­s­to­cze­r­wo­nych dzią­seł. Wy­su­wa­ły przy tym cze­r­wo­ne ję­zy­ki, ni­czym wę­że. Po­zo­sta­łe psy bez­na­mię­t­nym wzro­kiem przy­pa­t­ry­wa­ły się obu ry­wa­lom, spo­ko­j­nie cze­ka­jąc na swo­ją ko­lej. Wre­sz­cie je­den z psów, no­szący bli­z­ny wie­lu in­nych po­je­dy­n­ków, uf­ny w swą si­łę i do­świa­d­cze­nie nie wy­trzy­mał i za­a­ta­ko­wał prze­ciw­ni­ka z prę­d­ko­ś­cią strza­ły. Za­a­ta­ko­wa­ny nie miał cza­su na od­skok, więc ty­l­ko nad­sta­wił swój bark na cios, od­bi­ja­jąc nim ata­ku­ją­ce­go. Re­zu­l­ta­tem te­go bark mło­de­go psa zo­stał roz­cię­ty aż do ko­ś­ci. Ran­ny nie po­zo­stał dłu­ż­ny ata­ku­ją­ce­mu i nim ten zdo­łał usko­czyć, roz­ciął mu szy­ję. Cios był nie­bez­pie­cz­ny i gdy­by kły wbi­ły się nie­co głę­biej mógł­by za­ko­ń­czyć wa­l­kę. Przez mo­ment psy po­no­w­nie krą­ży­ły wo­kół sie­bie. Sta­ry pies ob­fi­cie spły­wał krwią, któ­ra ba­r­wi­ła śnieg i swym za­pa­chem ją­t­rzy­ła zmy­s­ły po­nu­rych wi­dzów. Po­kry­ty bli­z­na­mi pies po­no­w­nie za­a­ta­ko­wał. Je­go pierś ni­czym ta­ran ude­rzy­ła w mło­de­go, pró­bu­jąc zwa­lić go z nóg, ale ten i tym ra­zem zdo­łał się wy­bro­nić. Kły prze­ciw­ni­ka roz­cię­ły mu je­dy­nie skó­rę na łbie. Wów­czas sta­r­szy pies, mi­mo swe­go do­świa­d­cze­nia, po­pe­ł­nił po­wa­ż­ny, ko­sz­tu­ją­cy go ży­cie, błąd. Chcąc za­sko­czyć ry­wa­la chciał go prze­sko­czyć, by chwy­cić go za kark i zmia­ż­dżyć krę­gi szyi. Ale mło­dzik w od­ru­chu sa­mo­o­bro­ny od­wró­cił się przo­dem do nie­go i wy­rzu­ca­jąc w gó­rę pysk z ob­na­żo­ny­mi kła­mi tra­fił tuż po­ni­żej ga­r­d­ła ata­ku­ją­ce­go. Si­ła pędu prze­rzu­ci­ła zad sta­re­go psa, któ­ry stra­cił ró­w­no­wa­gę i ca­łym cię­ża­rem swo­je­go cia­ła padł na grzbiet. Na to cze­ka­li wi­dzo­wie. Gdy za­przęg Ar­no­ku mi­jał sku­pi­s­ko psów, cia­ło sta­re­go sa­m­ca zni­k­ło pod kłębo­wi­s­kiem je­go współ­bra­ci, do­sło­w­nie zo­stał roz­da­r­ty na strzę­py. Na­wet nie zdą­żył za­wyć. Zwy­cię­z­ca stał z bo­ku i przy­glą­dał się te­mu z za­do­wo­le­niem.

Wszy­s­t­ko to sta­ło się ba­r­dzo sz­y­bko. Psy mę­ż­czy­z­ny mia­ły wy­ra­ź­ną ocho­tę przy­łą­czyć się do awa­n­tu­ry, więc os­t­ry­mi sma­g­nię­cia­mi ba­ta po ka­r­kach zmu­sił je do ży­w­sze­go bie­gu w kie­ru­n­ku za­mku. Od stro­ny na­miotów bie­g­li już lu­dzie, chcąc roz­go­nić wa­l­czą­cych. Prze­sta­li li­czyć na ura­to­wa­nie po­ko­na­ne­go, z któ­re­go zo­sta­ła ty­l­ko bez­kszta­ł­t­na ma­sa na cze­r­wo­nym śnie­gu. Nie chcie­li je­dy­nie, by psy wda­ły się mię­dzy sobą w ko­le­j­ną awa­n­tu­rę, mo­g­ła przy­nieść na­stę­p­ne ofia­ry. Mę­ż­czy­z­na mi­nął na­mio­ty, gdzie co chwi­la wy­bu­cha­ły spo­ry po­mię­dzy ob­cy­mi psa­mi, roz­dzie­la­ny­mi przez wła­ś­ci­cie­li pałka­mi, ko­p­nia­ka­mi lub ra­za­mi ba­tów. Wre­sz­cie wje­chał na za­mek, przy bra­mie stra­ż­nik spra­w­dził je­go pr­awo do ło­wów. Pa­no­wał tu spo­ry ruch. Zi­ma po­wo­li mia­ła się ku ko­ń­co­wi i wszy­s­cy my­ś­li­wi ścią­ga­li do przy­ległych do za­mków ku­pie­c­kich sie­dzib, chcąc ca­ł­ko­wi­cie lub przy­naj­mniej czę­ś­cio­wo spie­nię­żyć se­zo­no­wy łów. W cza­sie zi­my spo­ro mę­ż­czyzn po­lo­wa­ło, ale ty­l­ko naj­le­p­szym uda­wa­ło się od­nieść su­k­ces i wzbo­ga­cić się. Ło­wy na tych te­re­nach by­ły nie­bez­pie­cz­ne, wy­ma­ga­ły wie­l­kiej wpra­wy, wy­si­ł­ku i umie­ję­t­no­ś­ci prze­trwa­nia. Nie­prze­strze­ga­nie su­ro­wych za­sad tych ok­ru­t­nych ziem ozna­cza­ło wy­rok śmie­r­ci. Wie­lu ło­w­ców z tru­dem zdo­było za­le­d­wie ty­le skór, by zwró­ci­ły im się ko­sz­ty wy­pra­wy, za­ku­pu i utrzy­ma­nia psów, sań, ek­wi­pu­n­ku, bro­ni i ze­zwo­le­nia na po­lo­wa­nie. Ar­no­ku miał szczę­ś­cie. Był wpra­w­nym my­ś­li­wym, znał te te­re­ny i wie­dział, gdzie szu­kać do­b­rej zwie­rzy­ny.

— Za­cze­ka­j­cie tu pa­ni, pó­jdę do­wie­dzieć się o po­ko­je.

Wró­cił sz­y­bko. Uda­ło mu się do­stać dwa wo­l­ne po­koi­ki, ale za ce­nę pię­cio­kro­t­nie wy­ższą niż na po­łu­dniu. Nie chciał je­d­nak ry­zy­ko­wać spa­nia w na­mio­cie, wśród ty­lu nie­zna­jo­mych osób, z to­wa­rem po­zo­sta­wio­nym na sa­niach — ktoś mógł się po­ła­sić na je­go wła­s­ność. Nie miał zmien­ni­ka, z któ­rym mógł­by trzy­mać straż, a na wy­cze­r­pa­ną ko­bie­tę nie miał co li­czyć. No­cu­jąc w oberży, to­war miał za­mknię­ty w strze­żo­nym ma­ga­zy­nie, na co otrzy­my­wał sto­so­w­ne po­kwi­to­wa­nie. Od­pro­wa­dził psy do kla­tek i po spra­w­dze­niu ich łap na­ka­r­mił je. Psy La­ne­se na­dal by­ły wy­stra­szo­ne i osła­bio­ne, więc rzu­cił im po do­da­t­ko­wej po­r­cji ry­by i nie za­wra­cał so­bie ni­mi gło­wy. Nie był tu po to, by opie­ko­wać się ob­cy­mi, cho­ry­mi zwie­rzę­ta­mi, ale by za­ro­bić na go­dzi­wą przy­szłość. Gdy sa­nie z ek­wi­pu­n­kiem zna­la­z­ły się na ma­ga­zy­nie wszedł z La­ne­se do śro­d­ka. Usie­d­li wy­go­d­nie przy nie na­j­czy­s­t­szym sto­le i za­mó­wi­li ko­la­cję — zu­pę z wo­łu pi­ż­mo­we­go i ra­zo­we pie­czy­wo. Do po­pi­cia grza­ne wi­no. Obe­r­ży­s­ta nie oszu­kał ich na wi­nie i tru­nek sma­ko­wał wy­śmie­ni­cie.

— Do­kąd się pó­ź­niej uda­jesz pa­ni? Je­że­li mo­ż­na wie­dzieć — do­dał prze­ły­ka­jąc kęs mię­sa z ka­szą.

— Na po­łu­dnie, gdzieś w oko­li­cę gór Ge­la­n­du. Sta­m­tąd po­cho­dzę. Mój nie­ży­ją­cy mąż zdą­żył sprze­dać nie­co skór w za­mku Ra­gerd. Chciał, bym wzię­ła w na­jem go­s­po­da­r­s­t­wo i my­ś­lę, że za­ro­bio­ne­go gro­sza wy­sta­r­czy na po­czą­tek.

Za­mi­l­k­ła i dys­kre­t­nie na nie­go spo­jrza­ła.

— A wy pa­nie…?

— Do hra­b­s­t­wa Khor, do swo­jej po­sia­d­ło­ś­ci.

— Ma­cie pa­nie po­sia­d­łość? Więc dla­cze­go tu je­s­te­ś­cie?

Prze­stał jeść, a ona umi­l­k­ła spe­szo­na swoim nie­ta­k­tem. Ar­no­ku po­my­ś­lał, że sko­ro wie, że nie­od­po­wie­d­nio się za­cho­wa­ła, mu­sia­ła ode­brać pe­w­ne wy­cho­wa­nie. Świa­d­czy­ła o tym ró­w­nież jej mo­wa i płyn­ne, ele­ga­n­c­kie ge­s­ty. A ta­kie mia­ły ty­l­ko dzie­ci szla­che­t­nie uro­dzo­nych lub bo­ga­tych, któ­re ode­bra­ły od­po­wie­d­nią edu­ka­cję ety­kie­ty. Nie py­tał o uro­dze­nie, to nie je­go spra­wa. Tu na tych zie­miach spo­ty­ka­ło się lu­dzi z różnych warstw spo­łe­cz­nych, któ­rzy przy­by­wa­li tu z na­j­ró­ż­nie­j­szych po­wo­dów. W ob­li­czu tru­dów pół­no­cy po­cho­dze­nie nie mia­ło zna­cze­nia. Pan pra­co­wał na ró­w­ni ze słu­gą czy nie­wo­l­ni­kiem. Py­ta­niem o prze­szłość można by­ło ścią­g­nąć na sie­bie śmierć. On też był szla­ch­ci­cem zdo­by­wa­ją­cym dla sie­bie ma­ją­tek. Mo­że i ona po­cho­dzi­ła z ro­dzi­ny, któ­ra stra­ci­ła do­b­ra?

Po chwi­li za­sta­no­wie­nia uśmie­ch­nął się do niej.

— Je­s­tem szla­che­c­kim dzie­c­kiem, czwa­r­tym z ko­lei sy­nem ba­ro­na. Po­sia­d­łość mo­ja jest nie­wie­l­ka i zo­sta­ła mi przy­dzie­lo­na przez bra­ta, dzie­dzi­ca ro­dzin­ne­go ma­ją­t­ku, w za­mian za lo­ja­l­ność i utrzy­ma­nie ki­l­ku lu­dzi pod bro­nią. Ale to po­że­ra nie­mal ca­ły mój do­chód, a ja chcę za­be­z­pie­czyć ro­dzi­nę… przy­szłą ro­dzi­nę — po­pra­wił się.

— Brat was wy­ko­rzy­s­tu­je… — zno­wu by­ła nie­ta­k­to­w­na.

Chy­ba je­d­nak nie ode­bra­ła tak so­li­d­ne­go wy­cho­wa­nia, jak na po­czą­t­ku przy­pu­sz­czał.

— Brat tro­sz­czy się o ma­ją­tek ro­dzin­ny, o spo­kój pod­le­g­łych mu ziem i do­b­re ni­mi za­rzą­dza­nie — po­wie­dział wy­ra­ź­nie poi­ry­to­wa­ny — wie­l­ką ła­s­ką jest, że po­zwo­lił mi zo­stać nie­d­al­eko ro­dzin­ne­go do­mu, pod­czas gdy mu­siał od­da­lić spi­s­ku­ją­cych prze­ciw­ko nie­mu po­zo­sta­łych dwóch bra­ci.

— Wy­bacz pa­nie — sze­p­nę­ła ci­cho.

Nie ode­zwa­ła się już do ko­ń­ca po­si­ł­ku. Je­dząc, Ar­no­ku roz­my­ś­lał o swoim ży­ciu. Przez ki­l­ka lat uzbie­rał nie­du­żą su­m­kę z upra­wia­nej zie­mi, ale by­ło to za mało by się oże­nić i za­pe­w­nić wy­kształce­nie dzie­ciom. Brat i tak wie­le mu ofia­ro­wał. Nie są­dził, że ja­ko czwa­r­ty syn, bez ma­ją­t­ku bę­dzie chciał za­ło­żyć ro­dzi­nę, nie ta­kie by­ło prze­zna­cze­nie naj­mło­d­sze­go z po­to­m­ków szla­che­c­kich ro­dzin. Mie­li służyć swym bra­ciom w obro­nie ro­dzi­ny. Czę­s­to je­d­nak ich lo­sy ukła­da­ły się i ra­czej sa­mo­dzie­l­nie zdo­by­wa­li swo­je ma­ją­t­ki, ja­ko urzę­d­ni­cy lub żo­ł­nie­rze do­bo­ro­wych fo­r­ma­cji wo­j­s­ko­wych. Wo­j­na nie in­te­re­so­wa­ła Ar­no­ku, a nie miał wy­kszta­ł­ce­nia ta­kie­go, któ­re za­pe­w­ni­ło­by mu bły­s­ko­t­li­wą ka­rie­rę urzę­d­ni­czą. Dla­te­go, gdy do­wie­dział się o mo­ż­li­wo­ś­ci wy­praw na pół­noc pod­jął ry­zy­ko i do­b­rze mu się po­wo­dzi­ło.

Ca­ły czas ob­se­r­wo­wał, jak La­ne­se po­grą­żo­na we wła­s­nych my­ś­lach bez ce­lu grze­ba­ła w mi­sie dre­w­nia­ną ły­ż­ką. Sto­ją­ce­go przed nią da­nia nie­mal nie tknę­ła, chy­ba gniew mę­ż­czy­z­ny ode­brał jej ape­tyt. Za­u­ważył, iż by­ła ba­r­dzo uro­dzi­wą ko­bie­tą, choć nad­mie­r­nie chu­dą i bla­dą, o de­li­ka­t­nej, jak na ży­ją­cą w zby­t­ku szla­ch­cia­n­kę przy­sta­ło, skó­rze, któ­ra na jej szczu­p­łych dło­niach wy­da­wa­ła się nie­mal prze­zro­czy­s­tą. Zło­te wło­sy ko­bie­ty przy­cią­ga­ły je­go spo­jrze­nie i pię­k­nie kom­po­no­wa­ły się z błę­ki­tem du­żych, smu­t­nych oczu. Za­cze­r­wie­nio­ne od cie­p­ła, pe­ł­ne us­ta do­s­ko­na­le ha­r­mo­ni­zo­wa­ły ze szczupłym, le­kko za­da­r­tym no­s­kiem. Mi­mo li­che­go odzie­nia i wy­mi­ze­ro­wa­nia cię­ż­ką dro­gą, bi­ła od niej ja­kaś we­wnę­t­r­z­na si­ła, jak od ko­goś przy­zwy­cza­jo­ne­go do wła­da­nia. Zde­cy­do­wa­nie nie by­ła zwy­k­łą chło­p­ką.

— Pó­ź­no już — po­wie­dział sko­ń­czy­w­szy po­si­łek. — Po­ra udać się na spo­czy­nek. Ju­t­ro wy­bie­rze się dla was psy. Je­że­li chce­cie, mo­że­cie to­wa­rzy­szyć mi w po­d­ró­ży do za­mku Ca­ne­lion, skąd skręci­cie na trakt do gór Ge­la­n­du.

— Czy mo­g­li­by­ś­my po­mó­wić o tym ra­no? — zie­w­nę­ła de­li­ka­t­nie, przy­sła­nia­jąc us­ta wie­rz­chem dło­ni. — Dzi­siaj je­s­tem zbyt zmę­czo­na.

— Nie za­po­mni­j­cie za­ry­g­lo­wać drzwi – przy­po­mniał.

— Do­b­rej no­cy pa­nie… i dzię­ku­ję za wszy­s­t­ko, co do tej po­ry dla mnie uczy­ni­li­ś­cie.

Iry­ta­cja zni­k­nę­ła, a on po­czuł przy­pływ sym­pa­ti­i do niej. Na mgnie­nie oka ich spo­jrze­nia spo­tka­ły się i Ar­no­ku dreszcz prze­szedł po ple­cach. Wszedł po scho­dach na gó­rę i do­tarł wprost do swo­jej iz­by, ogrze­wa­nej przez sto­ją­cy na ka­mien­nej po­dmu­ró­w­ce nie­wie­l­ki, że­la­z­ny kosz, w któ­rym ża­rzy­ły się roz­grza­ne cza­r­ne ka­mie­nie, a dym ucie­kał przez mie­dzia­ny okap z ko­mi­nem. W ką­cie cze­kały na nie­go mi­sa, rę­cz­nik i ce­ber z pie­r­wo­t­nie go­rą­cą, obe­c­nie już le­t­nią wo­dą. Sz­y­bko zrzu­cił z sie­bie ubra­nie i z wie­l­ką przy­je­m­no­ś­cią się umył. Po­my­ś­lał, że na za­mku Ca­ne­lion za­fund­u­je so­bie ła­ź­nię. Te­raz je­dy­nie uda­ło mu się zgo­lić ki­l­ku­mie­się­cz­ny za­rost, któ­ry do tej po­ry chro­nił je­go twarz przed do­tkli­wym mro­zem. Od ra­zu po­czuł się le­piej.

Wła­ś­nie się wy­cie­rał, kie­dy ci­chu­t­ko skrzy­p­nę­ły drzwi. Na­tych­miast przy­po­mniał so­bie, że ich nie za­ry­g­lo­wał. Je­go łuk, osz­czep i dłu­gi nóż le­ża­ły pod łó­ż­kiem, więc był bez­bron­ny. W sła­bym świe­t­le ka­ga­n­ka do­strzegł La­ne­se. Przez chwi­lę głę­bo­ko spo­g­lą­da­ła mu w oczy, po czym bez sło­wa za­ry­g­lo­wa­ła drzwi. Był tak za­sko­czo­ny, że za­po­mniał o swo­jej na­go­ś­ci.

— La­ne­se, co…

Szy­b­kim, ale ła­go­d­nym ge­s­tem za­rzu­ci­ła mu rę­ce na szy­ję i po­ca­ło­wa­ła w us­ta. Po­my­ś­lał, że od cza­su wy­ru­sze­nia na pół­noc nie miał ko­bie­ty. Nie chciał brać ka­r­cze­m­nych dzie­wek, któ­re sprze­da­wa­ły wdzięki ka­ż­de­mu, kto ty­l­ko je ze­chciał. To kłó­ci­ło się z je­go po­czu­ciem go­d­no­ś­ci. Ta ko­bie­ta od­da­wa­ła mu się do­b­ro­wo­l­nie i by­ła ty­l­ko je­go, przy­naj­mniej na ten dzień. Mi­mo że jak na je­go gust zbyt chu­da, po tak długiej, przy­mu­so­wej wstrze­mię­ź­li­wo­ś­ci wy­da­ła mu się nie­zwy­k­le po­cią­ga­ją­ca. Przy­lgnę­ła do nie­go ca­łym cia­łem i ują­w­szy je­go dło­nie opa­r­ła je na swoich po­śla­d­kach. Czuł jak na­ra­s­ta w nim po­żąda­nie. Da­l­sza część no­cy upły­nę­ła im na po­z­na­wa­niu swoich ciał.

 

Kie­dy ot­wo­rzył oczy, sło­ń­ce sta­ło już wys­oko. Pro­mień Se­le­na­ris prze­darł się przez szpa­rę w okien­ni­cy i nie­przy­je­m­nie oświe­t­lił je­go oczy. W je­d­nej chwi­li do­ta­r­ło do nie­go, że za­s­pał. Od­wró­cił się, chcąc obu­dzić La­ne­se, ale jej już nie by­ło. Zdzi­wił się, że się nie obu­dził, gdy od­cho­dzi­ła. Zwy­k­le miał czu­j­ny sen i naj­mnie­j­szy szmer był w sta­nie wy­rwać go ze snu. Wy­sko­czył z cie­p­łe­go po­sła­nia w chłód po­ra­n­ka pół­no­cy. Lo­do­wa­to zi­m­na, ka­mien­na pod­ło­ga bó­lem prze­szy­ła je­go sto­py. Sz­y­bko się ubrał, zwi­nął swo­je ma­na­t­ki i wy­szedł z iz­by. Za­pu­kał do drzwi La­ne­se. Od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza. Pchnął drzwi, które us­tą­pi­ły bez naj­lże­j­sze­go opo­ru i sto­jąc na pro­gu je­d­nym spo­jrze­niem omiótł wnę­t­rze. Za­nie­po­ko­jo­ny zszedł na dół. W sa­li ja­da­l­nej sie­dzia­ło ki­l­ka osób, ale ni­gdzie nie by­ło wi­dać je­go to­wa­rzy­sz­ki. Usiadł za sto­łem i ge­s­tem przy­wo­łał go­s­po­da­rza.

— Ka­szę z mię­sem — po­le­cił i przy­trzy­mał za rę­kaw usi­łu­ją­ce­go odejść obe­r­ży­s­tę. — Nie wi­działeś dzi­siaj ko­bie­ty, z któ­rą tu wczo­raj przy­by­łem?

Ka­r­cz­marz ścią­g­nął brwi i przez mo­ment mi­l­czał, jak­by usi­ło­wał so­bie coś przy­po­mnieć. Po chwi­li je­go twarz nie­co się roz­lu­ź­ni­ła.

— Tak. Ra­no py­ta­ła mnie o ha­n­d­la­rza psa­mi. Po­do­b­no ku­pi­ła ja­kieś zwie­rzę­ta…

— Ku­pi­ła, ku­pi­ła — wtrą­cił sie­dzą­cy opo­dal my­ś­li­wy. — Ale w ogó­le nie zna się na psach. Sta­ry Po­tron sprze­dał jej chy­ba naj­go­r­sze zde­ch­la­ki. Sa­ma ta­kie wy­bra­ła, a sta­ry nie pro­te­s­to­wał. Wzięła też nie­co su­szo­nej ry­by, ale zde­cy­do­wa­nie za mało, je­że­li chce do­je­chać do za­mku Je­g­res, jak twie­r­dzi­ła. Je­że­li do nie­go po­dą­ża, to nie­co zbo­czy­ła ze szla­ku. Na mój nos to bę­dzie mia­ła szczę­ś­cie, jeżeli du­chy śnie­gu nie wy­cią­g­ną po nią swych rąk i do­ży­je do ju­t­rze­j­sze­go ra­n­ka — do­dał, są­cząc grza­ne wi­no.

Ar­no­ku sz­y­bko zjadł po­da­ny mu po­si­łek. Psia­r­czyk wcze­ś­niej na­ka­r­mił je­go psy, więc mógł sz­y­bko wy­ru­szyć w dro­gę. Nim opu­ś­cił za­mek wstą­pił do ha­n­d­la­rza psa­mi. Aku­rat og­lą­dał osta­t­nio za­ku­pio­ne­go, po­tężne­go, choć wy­chu­dzo­ne­go, sa­m­ca. Jak go odży­wi i wy­pie­lę­g­nu­ję we­źmie za nie­go okrą­g­łą su­m­kę. Ar­no­ku za­py­tał o ko­bie­tę. Po­tron za­mknął psa w kla­t­ce i pu­l­ch­ny­mi pa­l­ca­mi po­skro­bał się po tłu­s­tych wło­sach.

— No… — bą­k­nął za­kła­da­jąc rę­ce pod pa­chy. — Chcia­ła, by ży­w­no­ś­ci sta­r­czy­ło jej do księ­s­t­wa Yn­ta­ru. Mó­wi­ła coś o ja­kiejś twie­r­dzy, ale nie pa­mię­tam na­zwy. Coś jak Jorg…

— Je­g­res? — po­mógł mu Hon.

— Wła­ś­nie — ha­n­d­larz twie­r­dzą­co ski­nął gło­wą.

— Po­mo­g­łeś mi Po­tro­nie. Za­ła­duj mi je­sz­cze ry­by i re­nie­go sa­d­ła na dwa ty­go­dnie — wrę­czył mę­ż­czy­ź­nie od­po­wie­d­nią ilość mo­net.

 

c.d.n.