czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Justyna Jendzio: „Myśliwi Północy” odc. 5 — odcinek 5.


odc. 5.

— Wre­sz­cie mnie do­go­ni­łeś el­fie — wa­r­k­nę­ła z po­ga­r­dą. — I wre­sz­cie osta­te­cz­nie za­ko­ń­czę z to­bą spra­wę.

Uśmie­cha­jąc się kwa­ś­no, prze­nio­s­ła spo­jrze­nie na Ar­no­ku.

— Da­łam wam sza­n­sę na ży­cie pa­nie Ar­no­ku, ale nie ze­chcie­li­ś­cie z niej sko­rzy­s­tać. Te­raz nie bę­dę tak mi­ła, jak po­prze­d­nim ra­zem.

Na przy­po­mnie­nie spę­dzo­nej z nią no­cy mę­ż­czy­z­na po­czuł się nie­swo­jo. Mu­sia­ła wie­dzieć o czym my­ś­lał, gdyż jej uśmiech zo­stał za­ba­r­wio­ny nu­tą iro­ni­i. Nic nie od­po­wie­dział na jej wy­ra­ź­ną pro­wo­ka­cję.

— Nie są­dzę, byś kie­dy­ko­l­wiek je­sz­cze mia­ła oka­z­ję ko­go­ko­l­wiek skrzy­w­dzić prze­klę­ta upio­rzy­co! — sy­k­nął elf.

— Nie prze­ce­niaj swoich mo­ż­li­wo­ś­ci el­fie! — od­cię­ła się. — Wy po­ku­r­cze nie na­da­je­cie się do ni­cze­go, na­wet na ko­cha­n­ków.

— Skąd o tym mo­żesz wie­dzieć po­mio­cie pie­kie­l­ny? — elf pa­no­wał nad so­bą, choć w je­go gło­sie da­wa­ło się wy­czuć roz­dra­ż­nie­nie. — Ża­den elf nie chcia­ł­by cię do­tknąć, bu­dzisz w nas je­dy­nie od­ra­zę.

Gniew spo­wo­do­wał, że jej oczy je­sz­cze ba­r­dziej roz­bły­s­ły.

— Przed prze­mia­ną mia­łam je­d­ne­go z was za ko­cha­n­ka… — na mo­ment umi­l­k­ła i po­smu­t­nia­ła na­g­le, jak­by coś so­bie przy­po­mi­na­jąc. — Przed prze­mia­ną… – po­wtó­rzy­ła.

Ar­no­ku po­czuł coś na kształt współ­czu­cia dla tej ko­bie­ty, ale elf nie dał się na­brać na wy­bieg. Do­strzegł emo­cje mę­ż­czy­z­ny.

— To ty­l­ko gra — po­wie­dział, zwra­ca­jąc się do Ar­no­ku, ale tak, by La­ne­se usły­sza­ła. — Chce uśpić two­ją czu­j­ność, a po­tem za­bić.

Zro­zu­mia­ła, że jej wy­bieg się nie udał. Wy­raz smu­t­ku na jej twa­rzy za­stą­pił gniew.

— Kła­miesz po­ku­r­czu! — wy­sy­cza­ła. –  Do­b­rze wiesz, że za­bi­jam, kie­dy mu­szę! Nikt nie py­tał mnie, czy chcę zo­stać upio­rem, czy chcę ta­kie­go ży­cia! Mu­sia­łam się przy­sto­so­wać! Ja­kie mia­łam wyjście?

— Umrzeć. Umrzeć do ko­ń­ca, za­nim za­bi­łaś swo­ją pie­r­w­szą ofia­rę.

Pa­r­s­k­nę­ła śmie­chem, któ­ry bły­s­ka­wi­cz­nie opa­no­wa­ła.

— Ja chcę żyć! Ro­zu­miesz? Żyć! Mam do te­go pr­awo jak ka­ż­da is­to­ta!

— Je­s­teś is­to­tą zła, nio­są­cą ty­l­ko śmierć i zni­sz­cze­nie. Dla ta­kich nie ma mie­j­s­ca na Nao­rze!

— Więc po­zo­sta­je mnie ty­l­ko zgła­dzić?

Elf nic nie po­wie­dział, ale od­po­wiedź wi­d­nia­ła w je­go oczach.

— Za­bi­jasz nie­win­ne is­to­ty, więc je­s­teś wy­klę­ta przez bo­gów ja­s­no­ś­ci!

— Nie­win­ne is­to­ty — pry­ch­nę­ła z po­ga­r­dą. — Wie­le z tych “nie­win­nych is­tot” za­słu­gi­wa­ło na du­żo go­r­szą śmierć niż ta, któ­rą ja im za­da­łam. Obe­szłam się z ni­mi zna­cz­nie ła­go­d­niej niż po­tra­k­to­wa­no by ich na ka­to­w­s­kich sto­łach i niż po­stą­pio­no ze mną. Nie ska­za­łam ich na mę­ki ta­kie­go ży­cia. Wy­rę­czy­łam ty­l­ko ka­tów lu­dz­kiej spra­wie­d­li­wo­ś­ci w ich ro­bo­cie.

— Mu­sia­łem za­ko­ł­ko­wać ki­l­ka twoich ofiar La­ne­se.

Po jej ustach prze­mknął iro­ni­cz­ny uśmiech.

— Błąd w sztu­ce.

Elf chło­d­no na nią spo­g­lą­dał.

— Bo­go­wie nie da­li ci pra­wa są­dzić ży­wych, to ich spra­wa. Ty po pro­s­tu lu­bisz za­bi­jać, od­po­wia­da ci to, kim się sta­łaś.

Po­no­w­nie uśmie­ch­nę­ła się, tym ra­zem smu­t­no i za­ra­zem iro­ni­cz­nie.

— Ta­ką już mam na­tu­rę. Mo­ż­na je­d­nak za­bić be­s­tię, nie za­bi­ja­jąc czło­wie­ka. Mo­ż­na mnie ura­to­wać.

— To nie­mo­ż­li­we — sz­y­bko za­prze­czył elf.

Przez mo­ment twarz wa­m­pi­rzy­cy na­bra­ła tak nie­przy­je­m­ne­go wy­ra­zu, że Ar­no­ku cia­r­ki prze­szły po ple­cach.

— Do­b­rze wiesz el­fie, że to mo­ż­li­we — po­wie­dzia­ła z na­ci­s­kiem. — Sły­sza­łeś chy­ba o za­klę­ciu Le­n­fa­ra?

Za­sko­czy­ła tym py­ta­niem In­ga­r­da. Za­klę­cie Le­n­fa­ra od da­wien da­w­na utrzy­my­wa­ne by­ło w ta­je­m­ni­cy. Nie dla­te­go, że nie chcia­no po­móc nie­szczę­ś­ni­kom ska­za­nym przez zło na po­tę­pie­nie, ale dla­te­go, iż do je­go wy­ko­na­nia po­trze­ba było po­tę­ż­nej mo­cy, ja­ką po­sia­da­li ty­l­ko nie­li­cz­ni, naj­zna­mie­ni­t­si ma­go­wie, naj­wy­ższe­go sto­p­nia wta­je­m­ni­cze­nia. A ci nie by­li za­in­te­re­so­wa­ni uży­wa­niem go do ni­sz­cze­nia zwy­k­łych upio­rów. Od te­go by­li tę­pi­cie­le, mniej sub­te­l­ni w swych dzia­ła­niach, ale sku­te­cz­ni. Za­klę­cie Le­n­fa­ra sto­so­wa­no w naj­ba­r­dziej wy­ją­t­ko­wych przy­pa­d­kach, gdy któ­ryś z de­mo­nów zna­lazł nie­strze­żo­ne prze­jście do świa­ta Nao­ru. Po­za tym nie­pra­wi­d­ło­we uży­cie za­klęcia przez oso­by nie­dys­po­nu­ją­ce od­po­wie­d­ni­mi si­ła­mi po­wo­do­wa­ło za­chwia­nie mo­cy na nie­ko­rzyść Mo­cy Światłości. Za po­mo­cą za­klę­cia mo­ż­na też by­ło na pe­wien czas stać się upio­rem i po­wra­cać na wy­bra­ne mo­me­n­ty do lu­dz­kiej po­sta­ci. Dla­te­go, przed wie­ka­mi, bo­go­wie za­ka­za­li uży­wa­nia te­go cza­ru i fo­r­mu­ła z cza­sem ule­g­ła ca­ł­ko­wi­te­mu za­po­mnie­niu. Skąd La­ne­se do­wie­dzia­ła się o is­t­nie­niu owej fo­r­mu­ły, mógł jedynie zga­dy­wać.

— Nie wo­lno uży­wać te­go za­klę­cia — przy­po­mniał jej.

— Dla­cze­go? Bo bo­go­wie wo­lą nas po­świę­cać niż nas ra­to­wać? Oni nie in­te­re­su­ją się na­mi, a swo­je spra­wy wo­lą za­ła­t­wiać w pro­s­ty spo­sób, bez wy­si­ł­ku, de­p­cząc sła­b­szych od sie­bie — stwie­r­dziła os­ka­r­ży­cie­l­s­ko.

— Bo­go­wie sto­ją na stra­ży wsze­l­kie­go ży­cia, po­rzą­d­ku­jąc si­ły chao­su.

W od­po­wie­dzi le­k­ce­wa­żą­co ma­ch­nę­ła rę­ką. W cza­sie ich roz­mo­wy ka­p­tur zsu­nął się nie­co z gło­wy el­fa i La­ne­se ba­cz­nie za­czę­ła się mu przy­glą­dać.

— Od ty­lu lat po­dą­żasz moim tro­pem, a ni­gdy nie wi­działam two­jej twa­rzy — po­wie­dzia­ła, jak­by z pe­w­nym zdzi­wie­niem.

Ni­czym kró­t­ko­widz przy­mru­ży­ła oczy i prze­chy­li­ła na bok gło­wę. In­gard tw­a­rdo wy­trzy­my­wał prze­szy­wa­ją­ce na wskroś spo­jrze­nie. Nie ule­gał jej hi­p­no­ty­z­mo­wi.

 — Ty mi ko­goś przy­po­mi­nasz — ode­zwa­ła się to­nem, w któ­rym brzmia­ło py­ta­nie. — Ja cię znam…

In­gard drgnął i po­do­b­nie jak ona zmru­żył oczy. La­ne­se prze­chy­li­ła gło­wę na dru­gą stro­nę i po chwi­li dra­pie­ż­nie się uśmie­ch­nę­ła, coś so­bie przy­po­mi­na­jąc.

— To też był elf. Prze­gry­z­łam mu ga­r­d­ło. Je­go krew mia­ła cu­do­w­ny smak.

Mię­ś­nie na twa­rzy In­ga­r­da za­drga­ły, kie­dy za­ci­s­kał mo­c­no szczę­ki. Nie stra­cił zi­m­nej krwi.

— Ktoś z ro­dzi­ny? — zga­dy­wa­ła La­ne­se, do­s­ko­na­le ba­wiąc się ko­sz­tem uczuć el­fa. — Ktoś bli­s­ki?

— Ow­szem, to był mój brat.

Głos In­ga­r­da był spo­ko­j­ny, choć przy­tłu­mio­ny od po­wstrzy­my­wa­nych emo­cji. Na­dal pró­bu­jąc go roz­dra­ż­nić, wa­m­pi­rzy­ca po­ga­r­d­li­wie wy­krzy­wi­ła twarz.

— Z ła­t­wo­ś­cią go po­de­szłam i za­bi­łam. Był jak ow­ca wy­sta­wio­na na kły wi­l­ka. Z to­bą pe­w­nie pó­jdzie mi ró­w­nie gł­a­dko.

In­gard za­ci­s­nął pię­ś­ci, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc ne­r­wy na wo­dzy. Za­do­wo­lo­na z sie­bie La­ne­se uśmie­ch­nę­ła się i Ar­no­ku spo­strzegł jej nie­na­tu­ra­l­nie dłu­gie kły. Wa­m­pi­rzy­ca po­no­wi­ła pro­ces za­czę­tej prze­mia­ny. Po­czuł się nie­swo­jo, po raz pie­r­w­szy świa­do­mie sto­jąc tak bli­s­ko wa­m­pi­ra.

— Pa­nie Ar­no­ku — zwró­ci­ła się do swo­je­go by­łe­go ko­cha­n­ka. — Da­ru­ję wam ży­cie, je­że­li po­mo­że­cie mi się uwo­l­nić od te­go prze­klę­te­go po­ku­r­cza!

— Tak się mnie boisz upio­rzy­co? — elf za­śmiał się po­nu­ro w od­po­wie­dzi na jej pro­po­zy­cję.

Nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi. Bez ża­d­ne­go ru­chu os­t­rze­ga­w­cze­go La­ne­se bez­sze­le­s­t­nie na nie­go sko­czy­ła. W uła­m­ku se­ku­n­dy ule­g­ła do­da­t­ko­wej prze­mia­nie. Jej wa­r­gi ścią­g­nę­ły się, od­sła­nia­jąc wy­ro­s­łe os­t­re i długie kły. Oczy za­pa­d­ły się w głąb cza­sz­ki, a ich źre­ni­ce roz­cią­g­nę­ły się ni­czym u ga­da. Szpi­cza­s­te uszy przy­lgnę­ły do gło­wy, a wy­glą­da­ją­cy jak ucię­ty mie­czem nos, gnie­w­nie się po­ma­r­sz­czył. Skóra wa­m­pi­rzy­cy zmie­ni­ła ko­lor na tru­pio­-sza­ry. La­ne­se za­krzy­wi­ła nie­na­tu­ra­l­nie wy­dłu­żo­ne pa­l­ce dło­ni w ge­ś­cie dra­pie­ż­ne­go pta­ka, chcąc się­g­nąć In­ga­r­da os­t­ry­mi jak brzy­t­wy pa­zu­ra­mi. Elf, wie­le ra­zy ma­ją­cy do czy­nie­nia z po­do­b­ny­mi be­s­tia­mi, przy­go­to­wa­ny był na po­do­b­ny atak. Je­d­nym, zde­cy­do­wa­nym ru­chem ode­pchnął Ar­no­ku. Wa­m­pi­rzy­ca by­ła tak szy­b­ka, że na­wet on, wpra­w­ny my­ś­li­wy, umie­ją­cy re­a­go­wać na gwa­ł­to­w­ne ata­ki zwie­rzy­ny, nie dałby ra­dy uni­k­nąć jej cio­su. In­gard ura­to­wał mu ży­cie, ina­czej pa­zu­ry dru­giej dło­ni be­s­ti­i roz­da­r­ły­by ga­r­d­ło mę­ż­czy­z­ny. Sam je­d­nak nie zdą­żył się uchy­lić zro­bić uni­ku  i wa­m­pi­rzy­ca głę­bo­ko roz­o­rała mu le­we ra­mię. Ale za­nim zdo­ła­ła się od­wró­cić, ran­ny wpra­w­nym ru­chem wy­cią­g­nął spod ubra­nia, wy­ko­na­ny w sre­b­rze, znak Bia­łe­go Pe­n­ta­gra­mu i kie­ru­jąc go w stro­nę be­s­ti­i wy­krzy­czał za­klę­cie. La­ne­se za­trzy­mała się w pół sko­ku ude­rzo­na nie­zwy­k­łą fa­lą mo­cy. Wrza­s­nę­ła bo­le­ś­nie, czu­jąc prze­ni­ka­ją­ce ją ni­czym se­t­ki os­t­rzy dzia­ła­nie Mo­cy Ja­s­no­ś­ci. Gdy ci­ś­nię­ta w śnieg, le­ża­ła, bez­ła­d­nie ma­cha­jąc osła­bio­ny­mi ko­ń­czy­na­mi, elf rzu­cił się do swoich sań, by wy­cią­g­nąć z nich wy­ku­ty w sre­b­rze przez kra­s­na­le miecz. Ar­no­ku, któ­ry ta­k­że upadł w bia­ły puch, po­zbie­rał się i ró­w­nież do­był swo­jej bro­ni. Był bli­s­ko wa­m­pi­rzy­cy, ale w tej chwi­li nie wy­ka­zy­wa­ła ona nim za­in­te­re­so­wa­nia, sku­pia­jąc się na du­żo gro­ź­nie­j­szym In­ga­r­dzie.

Ze­b­ra­ła się w so­bie i sko­czy­ła na el­fa. W tym mo­me­n­cie Ar­no­ku za­ma­ch­nął się i ciął z ogro­m­ną si­łą. Os­t­rze spa­d­ło na ple­cy La­ne­se. Cios był na ty­le si­l­ny, że za­bi­ł­by na­tych­miast ro­s­łe­go mę­ż­czyznę, roz­pła­tu­jąc go na dwo­je, ale wzmo­c­nio­ne nie­zwy­k­łą Mo­cą Cie­m­no­ś­ci cia­ło upio­rzy­cy opa­r­ło się si­le mie­cza Ar­no­ku. Wa­m­pi­rzy­ca jak­by w ogó­le nie po­czu­ła cio­su, któ­ry po­prze­ci­nał jej mię­ś­nie i uszko­dził krę­go­s­łup. Je­go krę­gi wy­szły na ze­wnątrz bie­le­jąc ba­r­wą ko­ś­ci w świe­t­le księ­ży­ca. Ob­fi­cie bro­cząc krwią i je­dy­nie ob­ra­ca­jąc się w pół, La­ne­se, jak­by od nie­chce­nia, po­tę­ż­nym w si­łę ge­s­tem wy­trą­ci­ła mę­ż­czy­ź­nie broń z rę­ki. Po­tem prze­sta­ła się nim in­te­re­so­wać, kon­ce­n­t­ru­jąc swą uwa­gę na el­fie. Atak Ar­no­ku dał In­ga­r­do­wi ki­l­ka cen­nych chwil. Był szy­b­ki, lecz miał prze­ciw so­bie nie­zwy­k­le tru­d­ne­go prze­ciw­ni­ka, o czym zdą­żył się już prze­ko­nać, tro­piąc La­ne­se przez ki­l­ka lat. Zdo­łał je­d­nak do­paść sań, nim ona do­pa­d­ła je­go. Wy­czu­wa­jąc zbli­ża­nie się be­s­ti­i prze­rażone re­ny, nie­za­be­z­pie­czo­ne za­klę­ciem rzu­ci­ły się do ucie­cz­ki, w ślad za umy­ka­ją­cy­mi psa­mi Ar­no­ku. Mę­ż­czy­z­na nie za­wra­cał so­bie ni­mi gło­wy, go­rą­cz­ko­wo szu­ka­jąc mie­cza w mie­j­s­cu, w któ­rym upadł w śnieg. Czuł jak se­r­ce wa­li mu ni­czym młot, a krew usi­łu­je roz­sa­dzić skro­nie. Ką­tem oka do­strze­gał In­ga­r­da bro­nią­ce­go się przed za­cie­k­łym ata­kiem upio­rzy­cy. Ty­l­ko dzię­ki swo­jej wro­dzo­nej, nie­o­sią­ga­l­nej jak na mo­ż­li­wo­ś­ci człowie­ka, szy­b­ko­ś­ci elf był w sta­nie od­pa­ro­wy­wać cio­sy jej łap. Z re­sz­tą nie mo­g­ła przy­pu­ś­cić pe­ł­ne­go sztu­r­mu, gdyż znie­na­wi­dzo­ny przez nią metal mie­cza el­fa i za­wa­r­te w nim za­klę­cia sku­te­cz­nie trzy­ma­ły ją na dy­s­tans. Kie­dy po ko­le­j­nym, nie­u­da­nym ata­ku na In­ga­r­da ten dra­s­nął ją w ra­mię, za­wy­ła, od­sko­czy­ła i sta­nę­ła du­m­nie w pe­ł­nej kra­sie, nie zwa­ża­jąc na uprze­d­nio za­da­ne jej ra­ny. Po­pę­ka­ne ko­ś­ci wy­sta­wa­ły jej z po­prze­bi­ja­nej skó­ry, krew stru­ga­mi wy­cie­k­ła z ran, za­sty­ga­jąc w nie­re­gu­la­r­nych smu­gach na skó­rze i pla­ma­mi ba­r­wiąc śnieg i ubra­nie. W pe­w­nym mo­me­n­cie zo­rie­n­to­wa­ła się, że bez­po­śre­d­nio ata­ku­jąc el­fa, nic nie wskóra, więc sko­czy­ła na je­dno z drzew, zni­ka­jąc obo­j­gu z oczu po­mię­dzy ga­łę­zia­mi. Ar­no­ku wre­sz­cie od­na­lazł swój miecz i oczy­sz­cza­jąc go z przy­mar­znię­te­go do me­ta­lu śnie­gu, pod­szedł do tę­pi­cie­la. Dłuższy czas po­zo­sta­wał czu­j­ny, roz­glą­da­jąc się po ota­cza­ją­cych ich drze­wach w ocze­ki­wa­niu na atak. Je­d­nak ów nie na­stę­po­wał.

 

c.d.n.