czwartek, 3.4.2025
sprawdź, czyje dziś imieniny
Jedyną bliską i oddaną chłopcu istotą była owieczka Kasia, która nie odstępowała go na krok. Grzesio kochał ją bardzo. Czuł, że tylko ona go rozumie, bo kiedy płakał, płakała razem z nim, kiedy śmiał się, jej oczy śmiały się także, a gdy zasypiał w obórce wyczerpany ciężkim dniem, podkładała mu pod głowę swój miękki brzuch. Gdy tylko się obudził, napotykał jej rozumne, zatroskane spojrzenie — może właśnie dlatego nigdy nie czuł się samotny.
Ulubionym miejscem zabaw Grzesia była stojąca na uboczu studnia, która na każde jego zawołanie odpowiadała przeciągłym, tajemniczym głosem. Gdy przechodził obok, zaglądał do niej za każdym razem i wrzucał kamienie. Nasłuchiwał plusku wody, przeglądał się czasem w gładkim zwierciadle albo nawoływał, bo uparcie wierzył, że po drugiej stronie tafli wody mieszka jakaś istota, która potrzebuje jego pomocy.
Pewnego razu, a było to późnym wieczorem, dopadła go grupa miejscowych łobuziaków i jak zwykle obrzuciła wyzwiskami, a co gorsza — kamieniami.
— Głupi Grzesio! Głupi Grzesio! Niedorajda! Obdarciuch! Brudas!
— Ojej! Ała! — jęknął Grzesio, gdy jeden z kamieni trafił go w czoło.
Już nie było mu do śmiechu, bo uderzenie sprawiło ból, którego się nie spodziewał. Nikomu nie zrobił nic złego, dlaczego więc wyrządzono mu krzywdę? Tego już nasz Grzesio nie rozumiał. Złapał się oburącz za głowę i rozpłakał.
— Zostawcie go! Jak wam nie wstyd?! Dajcie mu spokój! Co on wam zrobił, że tak go nienawidzicie? Przeszkadza wam, że jest biedny i nie ma nikogo na tym świecie?
Głos ten należał do Małgosi, córki wysoko postawionego urzędnika, z którego zdaniem wszyscy we wsi bardzo się liczyli, a która przypadkowo tamtędy przechodziła.
— A co? Poskarżysz się tatusiowi? — zawołał zuchwale jeden z nich.
— Kto wie? Zastanowię się nad tym — odparła.
— Z nią nie ma żartów — wykrzyknął drugi. — Chodźcie stąd! Spadamy!
— Jak tylko puścisz parę, rozprawimy się z tobą. Zobaczysz!
— Jasne! Już się boję! — roześmiała się na te pogróżki, a oni czym prędzej uciekli.
— Nie płacz już! — powiedziała do Grzesia. — Poszli sobie i zapewniam cię, że nie będą ci już dokuczać!
Chłopiec popatrzył na nią nic nie rozumiejąc, a jednocześnie w jego oczach pojawiła się ogromna czułość. Dziewczyna wydała mu się istotą nadludzko piękną — ni to człowiekiem, ni to Aniołem zesłanym na ziemię, by mu pomagać. Skrzydlata postać Anioła widniała na jednym z wielu obrazków, które wisiały na ścianie w domu jego ciotki. Ujrzał w niej matkę, której przecież nie pamiętał, ale której obraz pielęgnował w sercu, dziewczynę o miękkich rysach twarzy, ciepłym spojrzeniu i cudownym uśmiechu. Patrzył więc na nią i patrzył, i nie mógł oderwać oczu. Ona tymczasem wyjęła chusteczkę i wytarła strużkę krwi spływającą po jego skroni, następnie pocałowała go w czoło.
— Boli?
— Nie — odparł i nadal wlepiał w nią swoje wielkie, błękitne oczy.
Od tej pory studnia stała się miejscem spotkań, na które oboje niecierpliwie czekali. Nie wiadomo, co w Grzesiu urzekło Małgosię, ale obecność bezradnego, a przy tym ładnego, chłopca bardzo jej była potrzebna. Czasu mieli niewiele, ale wykorzystywali go na wyśmienitą zabawę, jaką było rzucanie kamieni w głąb studni, nasłuchiwanie wydobywającego się z niej echa, a także śmieszne opowieści, które dziewczyna serwowała Grzesiowi niemal bez przerwy. W spotkaniach tych uczestniczyła, rzecz jasna, owieczka Kasia. Skubała nieopodal trawę i od czasu do czasu zerkała na nich jednym okiem.
Pewnego razu Grzesio dał Małgosi w prezencie statek, który sam wystrugał z patyków. Była to jedynie wizja czegoś, czego nigdy nie widział.
— Ale piękny! — zachwyciła się dziewczynka, zarzuciła mu ramiona na szyję i znów pocałowała go, choć tym razem w policzek.
Grzesio nie wiedział, co to znaczy, ale czuł się dumny, bo pierwszy raz w życiu odkrył, że dawanie upominków może komuś sprawić wielką radość. Obecność dziewczyny stała się mu bardzo droga. Nic więc dziwnego, że jak pewnego dnia nie zastał jej przy studni, wpadł w rozpacz. Nie zauważył pożegnania napisanego patykiem na piasku — albo raczej nie przeczytał, bo przecież nikt nie nauczył go tej sztuki. Od tamtej pory przychodził do studni codziennie, ale na próżno. Małgosia przepadła jak kamień w wodę i już więcej się nie pojawiła.
Grzesio był tak zrozpaczony, że całymi dniami płakał, zarzucił nawet swoje struganie. Nie obchodziły go utyskiwania ciotki, że nie pilnuje owiec, a czas wypełnia bzdurami. Nie bolały go razy, które otrzymywał. Jego tęsknota za Małgosią była znacznie większa. Zapomniał nawet o Kasi, którą tak mocno zawsze kochał, a która przecież płakała razem z nim.
Dalsze losy bohaterów baśni poznasz z książki, która niebawem ukaże się drukiem.