Problem z bazą danych: odrzucone zapytanie Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” :: czytelnia.mobi = Dobra literatura zawsze pod ręką

czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Krystian Piwowarski: „Mysikrólik i sarna” — odcinek 2.


2.

Każdym ruchem ciała, gestem, grymasem a także wszystkimi szczegółami garderoby czarnowłosa dwudziestka w czerni wyrażała twardą, ostrą progresywność. Jaś był pewien, że nawet nie zauważyła momentu, w którym straciła to, co tak lubił w Małgosi, nieco staromodną, wspartą na silnym męskim ramieniu, zalotnie uległą, ufną, miękką kobiecość. Zdobniak właśnie zaśmiewał się z jadowitej opowiastki sączonej przez dwudziestkę, wrzucał aprobująco: „Ale jaja! Ja pierdykam! Kaszana!”. Zwrócił rozbawiony wzrok na szklane drzwi, usta miał szeroko otwarte, i w tej samej sekundzie stracił głos. Co nie uszło uwagi Jasia.

— … no i, proszę ciebie, on jej wsadza…

— Zamknij się.

Dwudziestka odgięła się w tył. Między palcami o czarnych paznokciach pojawił się papieros. Trzasnęła zapalniczka, buchnął ogień. Obrzuciła Małgosię zimnym spojrzeniem. Zdobniak, nie zauważając starego przyjaciela, wstał. Słowa przywitania uwięzły mu w krtani i nabrzmiewały jak kluska.

— Koniu boży, gdzieś się podziewał taki szmat czasu? — Jaś rozwarł ramiona.

Zdobniak wpadł w nie, ale tylko dlatego, żeby zadzwonić zębami w ucho kumpla:

— Krzywy kutasie, skąd wytrzasnąłeś taką cudowną dupę?

Było oczywiste, że Zdobniaka zatka. Po to Jaś się z nim umówił. Żeby mu powiedzieć: — „Zdziwko, koleś? Rwiesz na prawo i lewo śliwki-robaczywki, a ja, skromny, uczciwy facet trafiłem szóstkę w totka”.

— Małgosia? To inżynier Robert Zdobniak. Zdobniak? To Małgosia, moja narzeczona. Za dwa dni żona.

Ostrzegł kumpla wzrokiem, żeby nie próbował swoich sztuczek. Niepotrzebnie, zdawało się, że Zdobniak do niczego nie jest zdolny. Według Jasia wyglądał jak debil; zbladł pod efekciarską opalenizną w kolorze miedzi i zaczął się trząść. Oboje podali sobie ręce. Małgosia miała mocny i suchy uścisk, dłoń Zdobniaka była wilgotna i zimna.

— Twoja ręka jest jak brzuch ryby — powiedziała.

— Co? Eeee…

— No, to jak będzie, stary? — zagadnął Jaś.

— Z czym?

— Ogólnie. Nie przedstawisz swojej dziewczyny?

Zdobniak czuł, że jego wargi są dla odmiany suche jak Sahara, z której właśnie przyjechał, a język, narząd nadzwyczaj giętki i chwytliwy, którym potrafił w towarzystwie kobiet wyczyniać akrobacje godne fakira Abu Zabu, sztywny jak kołek.

— Tamta to Zocha — kiwnął głową za siebie.

Wyszczerzył się na moment w głupim grymasie. Dwudziestka ciągnęła papierosa rozgrzewając się niczym alchemiczna retorta. Rzucała naokoło nienawistne, radioaktywne spojrzenia. Zdobniak nic sobie z tego nie robił, chyba ich nawet nie dostrzegał, nie mógł po prostu oderwać wzroku od ślicznotki, która przyszła z tym głupkiem Skoczkiem. Usiłował powiedzieć coś dowcipnego, lekkiego, a zarazem głębokiego i metaforycznego, jednakże po głowie chodziło mu tylko idiotyczne porzekadło. W sytuacji, w jakiej się znajdował, porzekadło było zasadniczo pozbawione sensu, choć zawierało jakieś dziwne, niepokojące, bolesne przesłanie, które odnosił do siebie. Brzmiało ono: „Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała”.

— Twoja narzeczona jest piękna — rzekł chrapliwie.

Zamknął oczy. Zupełnie odechciało mu się śmiać. Dosłownie pięć minut temu opowiadał Zosi, jaką to paskudę bez seksu przyprowadzi młody Skoczek i jak Zdobniak plus jego dziewucha będą się z nich nabijać, a ta głupia nic z tego nie będzie rozumiała albo będzie rozumiała, ale nie da po sobie poznać, a Skoczek zaraz się nawali i zacznie płakać, jak to on.

— Napijemy się? — zaproponował Jaś klasnąwszy w dłonie.

— Każda kobieta ma tajemnice — rzekł Zdobniak niejasno, kiedy usiedli.

Jemu samemu to, co powiedział, wydało się niejasne. Właściwie nie wiedział, co ma na myśli. Czuł narastającą zazdrość, uważał także, że wyrządza mu się niezasłużoną krzywdę.

— Nie Małgosia, durny bucu — zapewnił go Jaś. — Prawda, darling? — przytulił ją ramieniem.

Małgosia uśmiechnęła się. Kumpel Jasia uważał, że tajemniczo. W szyderczym uśmiechu Zochy, samotnym płomyku dumy na wietrze wzgardy, Małgosia dostrzegła ból. Zdobniak uśmiechał się jak drewniany pajac, Jaś jak głupek.

— Małgosia to porządna dziewczyna — ciągnął Jaś tryumfując.

— To co?

— Ty lubisz zepsute dziewuchy.

— Kto? Ja? — Zdobniak dziobnął się paluchem w pierś. — Ja lubię porządne, bo lubię je psuć. One też to lubią. Nie ma to jak dziewucha do psucia, człowiek się naopowiada, nacharuje, namiele jęzorem, aż szczęka boli, ale ma satysfakcję.

Jaś wybuchnął gromkim śmiechem. W tej chwili żal mu było Zdobniaka, zaś satysfakcja z porządnego charakteru Małgosi i ogromu jej miłości rozsadzała mu szeroką pierś.

— Nie jestem powietrzem, Zdobny — odezwała się Zocha z boku.

Siedziała obok swojego faceta, ale jakby z tyłu.

— Nie jesteś — zgodził się Zdobniak.

Wlepiał wzrok w Małgosię, miał namagnesowane oczy. Przyjaciel Jasia zapytał, czego by się napiła. Odparła, że niczego. Denerwowała ją niklowana rura do tańca. Lśniła w złoto-purpurowym przytłumionym świetle niczym zimny, pojedyńczy płomień wielkiego, ukrytego przed jej oczami ognia męskiej namiętności, która jest dzika, nieobliczalna, a przede wszystkim wulgarna. Zdobniakowi bliska była kultura wysoka, zamówił więc dla siebie i Jasia butelkę „Chopina”, a dla Małgosi słodkie wino musujące.

— A ty zostajesz czy wychodzisz? — rzucił przez ramię swojej dziewczynie.

Nie odpowiedziała. Wzruszył ramieniem. Jaś namawiał kumpla, żeby powspominali stare, dobre czasy.

— Po co?

Zocha zgasiła papierosa.

— Idę. Mam tego dosyć.

— Cześć.

— Mam zadzwonić?

— Jak chcesz.

— Nie jestem dziwką, żebyś mnie tak traktował.

— W porządku, nie jesteś.

— Parszywy kutas z ciebie.

— Jasne — Zdobniak ponownie wzruszył ramieniem.

— Zrobiłam ci loda w lotniskowym kiblu, żebyś się mógł szybko zaaklimatyzować. A drugi raz zdrutowałam cię w samochodzie. Już nie pamiętasz?

— Wielkie mi zasługi.

— Przez dwa dni dawałam ci na okrągło, bo mówiłeś, że ciągle masz problemy z aklimatyzacją.

— Chcesz za to medal?

Zocha wstała, otwarła i zamknęła torebkę, otwarła i zamknęła usta, po czym wyszła. Starała się kręcić pupą. Odprowadzili ją wzrokiem. „Biedactwo” — pomyślała Małgosia.

— Mieliśmy iść na rozbieraną imprezę do faceta, którego poznałem w Lusace — rzucił Zdobniak z pogardą, ale patrząc w oczy Małgosi — i ona mówi, że nie jest dziwką. Każdej się zdaje, że ma klasę i facet powinien stracić głowę. Takich jak ona jest dziesięć na metrze kwadratowym chodnika. Takich jak ty, niewiele. Niewiele. Jak Boga kocham, niewiele. Właściwie w ogóle nie ma. Nie spotkałem takiej, a  mocno się rozglądam i różne widziałem, kompletne dziwolągi też — miał minę, jakby zamierzał zwymiotować. — Takich, które rozpinają ci rozporek, zanim dokończysz pierwszego drinka jest na pęczki — kumpel Jasia machnął ręką, zrezygnowany. — Jakie to pospolite. Trywialne.

Poczuł smutek i łzy w kącikach oczu. Kelner przyniósł trunki. Jaś nalał Małgosi, zastrzegł, że tylko on będzie obsługiwał narzeczoną. Zdobniak nalał sobie i Jasiowi. Obaj wypili. Małgosia umoczyła wargi.

— Pamiętasz Jolkę Guzik? — zagadnął Jaś.

— Pamiętam. A co?

— Była cholernie wścibska.

— Chyba cipska?

Jaś zaśmiał się.

— Jak ja kocham twoje żarty, Zdobny! Ech! Stare, dobre czasy. „Przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia”. Nie było chłopaka na roku, żeby mu nie zajrzała do spodni — poinformował zasłuchaną Małgosię.

— Ona ma klasę — w głosie Zdobniaka zabrzmiały, nie wiedzieć dlaczego, oskarżycielskie nutki. — Nie powiedziała jeszcze ani jednego słowa. Znam się na tym. Kobieta z klasą nie musi mi tego udowadniać. Zocha musi, a ty nie, Małgocha.

— Małgosia — poprawiła Małgosia.

— Jasne. Małgosia. Sorry — zgodził się Zdobniak.

— Ma klasę, brachu, żebyś wiedział — Jaś nalał sobie wódki. — Stare, dobre…

— Dlaczego ona nic nie mówi? — Zdobniak nie zwracał uwagi na Jasia zatopionego we wspomnieniach. — Twoja klasa mnie przygniotła, dziewczyno. Już dawno powinnaś dać mi numer telefonu. Jeśli krępujesz się Skoczka, to wyślij go gdzieś na chwilę.

— Nic z tego, bracie, nic z tego, ona ma klasę.

— Co robiłeś w Afryce? — zainteresowała się Małgosia.

— Wszystko. Żeby nie złapać od czarnych dziwek! — Jaś zgiął się ze śmiechu.

— Podobno masz szerokie horyzonty.

— Kto tak mówi? — Zdobniak rozejrzał się.

— Jak rozkraczona dziewucha! — Jaś niemal umierał ze śmiechu.

Świetnie się bawił. Mając taką narzeczoną jak Małgosia nie miał powodów do zmartwień. Znowu sobie nalał i wypił.

— Śmieszny facet — Zdobniak kiwnął kciukiem. — Długo z nim nie wytrzymasz.

— Nie masz racji, brachu. Mówiłeś, że jest różnica między Zochą, a Małgosią. Zgadza się. Między nami też jest różnica. Ty jesteś ptakiem, a ja stworzę Małgosi warunki. Nie będzie musiała pracować, zajmie się domem, dziećmi i tak dalej.

— Chcesz mieć dzieci?

— Jasne. A co?

— Czym je zrobisz?

— Jak, czym? Wiadomo.

— Jolka umiała grzebać w spodniach. Nie powiesz, że nie.

— Nie powiem.

— Umiała szukać jak żadna.

— Jak świnia truflarka.

— No, to dlaczego w twoich gaciach nic nie znalazła?! He?!

— Przegiąłeś! — Jaś wyprostował się. Pobladł. — Miałem Jolkę.

— Co ty powiesz?

— Mogę ci powiedzieć, jaki był jej popisowy numer, jakbyś chciał mnie sprawdzić. Chcesz?

— No? Sprawdzam.

— „Latawiec na uwięzi”.

— Faktycznie, to był jej numer. Dobry Boże! — Zdobniak rozrzewnił się. — To już tyle lat! — miał łzy w oczach. Zanucił: — „Gdzie nasza młodość, gdzie szczęsny czas?”

— Pytała o ciebie.

— Kto?

— Guzik.

— O mnie? — uniósł czarne brwi o diabolicznym wyglądzie.

— Prowadzi w telewizji spotkania z ciekawymi ludźmi.

Jaś odpierał zwycięsko każdy atak. Im dłużej patrzył na kumpla, topniejącego niczym bałwan w słońcu, tym lepiej się bawił.

— Świat się zmienia. Byliśmy kiedyś z Jasiem blisko — wyjaśnił Zdobniak Małgosi. — Potem rozjechaliśmy się, jak to w życiu. Od lat pracuję dla FAO. W Afryce. Biedne, chude czarnuchy i bogate, tłuste czarnuchy i tak dalej — zakręcił dłonią młynka. — Tych chudych więcej, ale bogaci stawiają dobre obiady, dają prezenty, wiecie jak to jest. Człowiek może i chciałby zrobić coś dobrego, ale jakoś nie ma okazji — umilkł. — Kogo obchodzi, że ludzie umierają z głodu? Świat jest cyniczny.

— W porząsiu — Jaś poklepał kumpla po plecach. — W Afryce nie jest lekko, każdy to wie, ale teraz zjechaliśmy się i będzie klawo.

— Mało brakowało, a wylaliby mnie — wyznał Zdobniak niespodzianie.

Zdziwił się, dlaczego to powiedział. Może dlatego, że nagle zrobiło mu się żal samego siebie?

— Przeleciałem żonę ministra komunikacji. Po jednym z tych proszonych obiadów. Zresztą nie mam pojęcia, dlaczego, babsko wielkości hipopotama. Chyba mi odbiło, za dużo wypiłem, przypaliłem zioło… nie, żebym się tłumaczył, czy co, w każdym razie minister chciał mi obciąć wacka nożykiem do owoców. Taki u nich zwyczaj, że kastrują kochanków. Niegłupie, jak się przyjrzeć bliżej, to znaczy, zależy od punktu widzenia. Tak czy owak, ledwo zwiałem do naszej ambasady.

— W Afryce nie jest lekko — powtórzył Jaś.

— Skąd wiesz? — jego opalony kumpel zrobił się nagle zaczepny. — Byłeś tam?

— Pokazują na filmach. To mi wystarczy.

— Afryka to parszywe piekło… ej! — Zdobniak otrząsnął się z przykrych wspomnień — a może pójdziecie ze mną?

— Gdzie? — zainteresował się Jaś.

— Na to przyjęcie, co mówiłem… nielichy towarek, brachu! — Zdobniak impulsywnie zmienił temat w związku z pojawieniem się tancerki.

— Gibka sztuka — zgodził się Jaś.

 

Tancerka owinęła się wokół rury.

— Mocno się gnie, widziałeś?

— Jak żmija zygzakowata.

— Mów, co chcesz, Jasiek, ale ten kraj idzie z postępem.

Małgosia wstała

— Przepraszam — uśmiechnęła się do obu — muszę pójść do toalety.

Oderwali ssawki od tancerki i przyssali się do kształtnej pupy kołyszącej się rytmicznie pod krótką sukienką, jakby Małgosia tańczyła salsę albo rumbę. Od samego patrzenia robiło się gorąco.

— Ma klasę — powtórzył po raz któryś Zdobniak wyobrażając sobie Małgosię tańczącą przy rurze. — Ona się marnuje. Pomyślał, gdzie pupie tancerki do tego czarownego, niewinnego, a jednocześnie wyuzdanego tyłeczka.

— Powinna robić karierę w przemyśle rozrywkowym. Wszystko inne jest pomyłką. Rozmawiałeś z nią na ten temat?

Jaś roześmiał się.

— Zgłupiałeś? Nie będę z nią rozmawiał o świecie rozrywki.

— Spróbuj.

— Nawet gdybym chciał, to i tak na nic. Nie odbija jej, nie chce być ze wszelką cenę sławna. To wielka rzadkość w dzisiejszych czasach. Rarytas. Dziwię się, że jeszcze tego nie zauważyłeś.

— Jak mogłem zauważyć, jak w ogóle ze mną nie gada?

— Spójrz tylko w jej oczy.

— Po co?

— Żebyś zobaczył, co w nich ma.

— A co ma?

— Niebo, frajerze. Czyste, błękitne niebo.

Zdobniak zacisnął dłoń na butelce. Panując nad głosem, a chciał krzyczeć, zapytał:

— Skąd ją wytrzasnąłeś?

— Z wiochy. Właściwie z jednej takiej osady w Bieszczadach.

— Nie czaję bajerki — Zdobniak zgiął się, skulił. — Jest seksowna aż do bólu. Mam próżnię w brzuchu. I w worku też.

Jaś założył nogę na nogę.

— Powiem ci tylko tyle, Zdobny, dwa słowa: Wenus Boticella. Poznałem ją zeszłego roku na wakacjach. Zabłądziłem, brachu, jeżdżę po tych pieprzonych połoninach, zachciało mi się pić, widzę sklep w chałupie, wchodzę…chwila — sięgnął po kieliszek, musiał się napić — ona jest jak anioł, łagodna, skromna, ciepła, wyrozumiała, opiekuńcza… patrz, ile znaczy przypadek w życiu, skręciłem nie tam, gdzie trzeba i…

— Chrzanię cechy charakteru! — Zdobniak nie panował nad wściekłością. — Gadaj, jaka jest, kiedy masz ją pod sobą? Albo na sobie? Jak lubi? Siada ci na twarzy?

— O, koleś — Jaś kręcił głową szukając słów zdolnych wyrazić jego nastrój w chwili, kiedy Małgosia zdejmuje majtki. — Ona jest tak słodka, tak świeża… soczysta jak… jak arbuz, rozcinasz arbuz na pełnym słońcu, robi się najpierw szczelina, a potem ten arbuz cały pęka, a sok spływa ci po palcach, jesteś, frajerze, wysuszony na wiór, pożądasz wilgotnej czerwieni, zbliżasz się, czujesz zapach, niesamowity zapach, a potem ten nieprawdopodobny, cierpko-kwaśny smak…

— Nic nie mów! Zamknij się!

Zdobniaka skręciło. Pożądanie powlekło jego oczy czerwoną błoną. Wypił dwa szybkie. Tymczasem jego kumpel czuł, że z pleców wyrastają mu skrzydła, jeszcze chwila, a napisałby jakiś wiersz z rymami o miłości. Wypili jeszcze po dwa szybkie. Diabli wiedzą, jak to się stało, ale butelka została opróżniona, więc przyglądali się tancerce. Owszem, niezła dupcia, długie nogi, zderzaki ósemka i tak dalej, wszystko na swoim miejscu, kręciła zatrutym językiem, jakby chciała ukąsić faceta w przyrodzenie, ale, w sumie, banał. Zmienniczka również. Tyle, że brunetka. Po kwadransie zaczęli się niecierpliwić i nudzić. Wymienili mnóstwo rzeczowych oraz najzupełniej fantastycznych uwag na temat tańczących dziewcząt, na przykład, że są beznadziejnymi kochankami, ponieważ rura powoduje, że mają odciski na cipkach, wyczerpali zagadnienie, zaczęli się powtarzać, to normalne, dwóch facetów rozmawiających o kobietach zawsze się powtarza, właściwie ich rozmowa to ciągła powtórka i cytaty z innych facetów. Małgosi nadal nie było. Trzydzieści minut po jej wyjściu Jaś ruszył do damskiej toalety. Nie miał pojęcia, co można robić pół godziny w toalecie.

— Baby zawsze mają te swoje problemy z puderniczką albo miesiączką — rzekł do swojego otępiałego przyjaciela. — Zawsze nie w porę. A jakby co, to boli je głowa, cwaniaczki.

Zniknął w toalecie. Zdobniak zastanawiał się, jak namówić Małgosię na to rozbierane przyjęcie. Nic nie wymyślił. Nie znosił poczucia bezradności w stosunku do kobiet! Nie lubił kobiet tajemniczych. Zanim wylądował z taką w łóżku, musiał rozwiązywać jakieś rebusy i kalambury z jej życia, odpowiadać na zagadki, domyślać się, co ona ma takiego na myśli, bo tajemnicza kobieta nie mówi wprost i zgrywa się na intelektualistkę. A ta Małgocha była cholernie tajemnicza. Nie była intelektualistą, za to jaka tajemnicza! Jaś wrócił z głupią miną rozkładając ręce, przeszedł obok Zdobniaka, cynicznie zrezygnowanego. Wyszedł na zewnątrz. Wróciwszy powiedział:

— Nie ma jej.

— Zadzwoń gdzieś.

— Dzwoniłem do domu. Nie ma jej tam.

Zdobniak pokiwał głową:

— One nazywają to męskim szowinizmem. Jeżeli facet podnieca się na widok ładnej dupy i okazuje to, jest szowinistą. Jeżeli ciągnie babę do łóżka po pięciu minutach znajomości, jest szowinistą. Jeżeli proponuje seks analny, jest szowinistą, jeżeli spyta, czy przypadkiem ona nie ma siostry-bliźniaczki, w trójkę będzie weselej, jest szowinistą, jeżeli pyta, czy się zabezpieczyła, bo on nie używa gumy, jest szowinistą, jeżeli chce spać po stosunku, bo nie ma ochoty na gadkę-szmatkę, jest szowinistą, jeżeli ona zapyta go, czy ją kocha, a on spyta: „a jak myślisz?”, jest szowinistą, jeżeli każe jej przynieść do wyrka zimny browarek, jest szowinistą. Na jakim świecie my żyjemy?!

Jaś też był wściekły.

— Uznała, że obaj jesteśmy do luftu — ciągnął Zdobniak.

— To twoja wina — Jaś wycelował w niego palcem.

— Mówiłeś, że je ci z ręki.

— Jak miała mi jeść z ręki, jak ciągle nawijałeś o seksie?

— A o czym można rozmawiać z kobietami? O polityce? Samochodach? Piłce? Puknij się w głowę!

— Małgosia to nie Zocha! Ona nie jest taka nowoczesna!

— Wszystkie baby są kropka w kropkę takie same! Jakby je ubijali mikserem z kurzego białka! — Zdobniak uderzał wskazującym palcem w stolik i krzyczał. — Myślą, że jak raz zadrą kieckę, to potem mogą w nieskończoność stroić fochy!

Ludzi wokół zaczęli psykać i dawać znaki, żeby się uspokoili. Jaś zniżył głos.

— Zraziłeś ją niekulturalną gadką.

— Kiedy ja byłem niekulturalny? Wstałem, przywitałem się, zaproponowałem drinki. Co jeszcze można zrobić? Rozpłaszczyć się na podłodze?

— Po coś ty mówił o tym zasranym przyjęciu?

— Tylko zapytałem.

— Wyobrażasz sobie, że ona by na nie poszła? To ty się puknij w głowę, Zdobny, ja się nie muszę pukać. Wiem, co mówię… Pojutrze mamy wziąć ślub. W kościele. Z muzyką organową. Biały welon, powóz, dzwony i tak dalej. Tradycyjnie. O, Jezu!

— Jaki ślub, wołowa dupo? Przecież ci uciekła.

— Ona mnie kocha!

— Widzisz ją tutaj? — Zdobniak rozejrzał się z szyderczym uśmieszkiem. — Bo ja nie widzę.

Jaś zatrząsł się z wściekłości, chwycił w pięść kołnierz żółtej koszuli przyjaciela i szarpnął. Coś trzasnęło. Wycedził:

— A po coś gadał o żonie ministra komunikacji?!

— Odpieprz się, Skoczek, od mojej najlepszej koszuli, dobra?!

— A ty się odpieprz od mojej dziewczyny!

— Kurwa, kupiłem ją w Maroku za ciężką forsę!

— Przepraszam.

Jaś cofnął się. Zdobniak poprawił marynarkę. Zapalił.

— Napisała coś na lustrze? — zapytał.

— Co?

— One mają taki zwyczaj, że smarują coś szminką na lustrze. Czy napisała coś takiego?

— Na przykład, co?

Zdobniaka zajrzał do kieliszka. Wzruszył ramieniem.

— Nie mam pojęcia. „Wybacz mi” albo „Muszę odejść, kochany”, „Nie szukaj mnie”, „Ty skurwysynu, zalazłeś mi za skórę” i tak dalej, znam ją jeszcze mniej, niż ty. Może wlecze się za nią mroczna przeszłość? Jakiś facet, który ma do niej prawa? — trącił palcem gorzko obwisłą wargę. — Bo ja wiem?

— Wlecze przeszłość? Chyba taka, że jej ciotka kantowała na cukrze, a Małgosia udawała, że tego nie widzi… Zresztą pójdę sprawdzić.

Jaś ponownie zniknął w toalecie. Jakaś kobieta nazwała go podglądaczem. Na wszelki wypadek zajrzał również do części dla mężczyzn. Lustra były czyste. Wszystkie pokazywały zadowoloną twarz Jasia.

— Nie ma — poinformował Zdobniaka. — Byłem pewien, że nic się za nią nie wlecze. Jest mi wierna, bracie. Pasujemy do siebie.

— Luster jest dużo. W wielu miejscach.

— Przestań nawijać o tych lustrach! Mówiłem ci, że to całkiem inna dziewczyna.

— Kobiety są mistyczkami, mają dziwnie poukładane w głowach. Takie się już rodzą. Nawet trudno je o to winić.

— Nie ona. Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie przykładał do niej swojej krzywej miarki?

— Wnerwiła mnie ta twoja narzeczona, Skoczek.

— To nie powód, żeby utrzymywać, że jest nie tego. Ona ma nawet za dużo rozsądku, czasem, jak coś powie, to człowiek zupełnie głupieje.

— Co ty nazywasz rozsądkiem? One są cwane, po prostu cwane i kręcą takimi prostodusznymi naiwniakami jak ty. Siedzimy tu pół nocy, a ta nie odezwała się ani jednym tanim słowem. Czy to nie czyste cwaniactwo? Milczała, kombinowała i wreszcie wystawiła nas do wiatru. A ty bajdurzysz, że dziewucha jest inne niż wszystkie. Każda puści cię w trąbę, jeśli na to pozwolisz i choć na chwilę ustaniesz w wychwalaniu jej uperfumowanej piczki! Wiem coś o tym, bracie! Czas, żebyś wydoroślał!

Jaś siedział ze zwieszaną głową, strasznie mu się w niej mieszało. Zdobniak ziewnął.

— Zmywamy się — pstryknął palcami, rzucił na stolik pieniądze.

— Gdzie?

— Biorę cię na przyjęcie, to ci dobrze zrobi. W końcu to twój kawalerski wieczór.

— A Małgosia?

— Jeśli naprawdę cię kocha, to rano będziesz ją miał w domu, skamlącą o przebaczenie.

— Kocha mnie, słowo daję.

— Dobra, frajerze. Chodź.

Wyszli z lokalu chwiejąc się lekko, spleceni w serdecznym uścisku.

— Nie zadzwonisz po Zochę? — zapytał Jaś.

— Po kiego? Tam będzie tyle towaru, że nie zdążysz się uczciwie przyłożyć do roboty, a już inna będzie ci włazić na plecy.

W drodze do celu towarzyszyła im zielona taksówka, Zdobniak widział ją we wstecznym lusterku. Jaś widział niewiele, chichotał i dygotał nerwowo, Zdobniak puszczał mu oko, szturchał łokciem, powtarzał: „Ale się zabawimy, brachu!”, poruszał obfitymi brwiami. Tak świetnie umiał ruszać brwiami! Zachęciłby każdego do wszystkiego! Jaś powtarzał: „Ale się zabawimy, brachu” i także ruszał brwiami, ale to już nie było to. Przedwojenna, mansardowa willa, opleciona dzikim winem, tonęła w bujnej i niepowstrzymanej zieloności starego ogrodu. Przed oknami rosły dorodne srebrne świerki. Na stopniach ozdobionych granitowymi kulami Jaś zatrzymał się; ogarnęły go poważne wątpliwości.

— Zdobny, nie boisz się, że możemy coś złapać?

— Mają tu dobre gumki. Nic nam nie grozi. Uszy do góry.

— Cholera, a mówiła, że mnie kocha.

— Zocha też mówi, że mnie kocha — Zdobniak nacisnął guzik u masywnych drzwi z judaszem. — Stała śpiewka z ich repertuaru. Nie zaszedłbym daleko, gdybym chciał tego słuchać, bracie. Właź!

„Kości zostały rzucone” — pomyślał Jaś wpadając do środka. Powietrze było tu dziwne, kolorowe i ruchome, mieszało się i pływało jak składniki long drinka w szklaneczce. Z sufitu zwieszał się transparent z napisem „Ocalmy nasze tyłki”, a na empirowym szezlongu pieściły się dwie kwestarki w białych pończoszkach i pielęgniarskich czepeczkach. Zdobniak wykrzyknął:

— Jakież to urocze i niewinne!

Na widok okrąglutkich, wypiętych tyłeczków jego oczy stanęły w płomieniach.

„O, Jezu! — jęknął Jaś w duchu — gdzie ja jestem? Albo w piekle, albo w raju!”.

— Zbieramy na walkę z adidasem — poinformowały zziajane, podsuwając różowiutkie mokre skarbonki.

— Brawo, siostrzyczki! — oznajmił Zdobniak wciskając w każdą plik banknotów. — Właśnie kupiłem nieśmiertelność.

Jaś spocił się. Czknął, zachichotał nerwowo, znowu czknął. Sięgnął do kieszeni, Zdobniak powstrzymał go mówiąc, że kupił nieśmiertelność im obu. Jaś zastanawiał się czy jego kumpel żartuje, czy ma na myśli coś, o czym on powinien wiedzieć. Na wszelki wypadek obracał na wszystkie strony oczami jak spodki. Fertyczna francuska pokojóweczka w koronkowym fartuszku poprosiła o ubrania, przy czym pogratulowała Jasiowi dużego organu. Sprośny, tłusty lokaj w czerwonych kabaretkach, ceratowych majtkach z dziurą, ze złotym pistoletem pod pachą wręczył im maseczki. Wyjaśnił, że bywa tu wielu facetów o znanych twarzach. Ze stosu prezerwatyw na greckim trójnogu wybrali po jednym opakowaniu. Z drugiego trójnogu po skręcie. Obu pilnowała westalka w sadomasochistycznym przyodziewku; ziewała, z nudów biła się pejczem po niemożliwie długich nogach. Gość w obroży najwidoczniej przeholował z alkoholem, bo spał w kącie na podłodze. Zapalili.

— Stroje wizytowe — zauważył Zdobniak nakładając czarną gumkę. — No? Co? Nie wygląda równie elegancko jak smoking?

„A moja głupio wygląda — myślał Jaś karcąc się w duchu. — Nawet poważnie wyglądającej prezerwatywy nie umiem wybrać”.

— Moja mi się nie podoba — oznajmił.

— Dlaczego? Jest fajna. Wesoła.

— Wolałbym taką jak twoja.

— Wrzuć na luz, chłopie. Nie jesteśmy na pogrzebie.

— Ona jest taka… dziecinna, wygląda jak biedronka. Wolałbym, żeby bardziej podkreślała mój poważny charakter. Przecież nie jestem dzieckiem.

— Chcesz taką jak moja?

Jaś skinął głową. Zdobniak dał mu jedną sztukę ze swojej paczki.

— Że też się doczekałem takich wrednych czasów — oznajmił.

— Dlaczego? — Jaś rozdziawił usta.

— Piją pod pachami. Nigdy się nie przyzwyczaję.

Zaśmiewając się skinęli kwestarkom, pokojówce, lokajowi i kapłance i przez marmurową kolumnadę przeszli na otwarte patio tętniące muzyką latynoską. Widok tylu nagich mężczyzn w maseczkach, odzianych jedynie w kolorowe prezerwatywy rozbawił Jasia do łez.

— Śmieszy mnie gadanie, że dwudziesty pierwszy wiek będzie wiekiem informacji. To będzie wiek gumy — Zdobniak zakreślił ramieniem koło. — Popatrz na nich. Ile byłoby warte ich życie, gdyby nie guma?

Jaś, zlany zimnym potem, trząsł się. Czytał z otwartymi ustami transparenty z logo producenta i napisami w rodzaju: „W naszej prezerwatywie i w sto koni nie dogoni”, „Seks nie musi być udręką”, „Guma materiałem przyszłości”, „Inwestując w «Polską Gumę» inwestujesz w szczęście swoich dzieci”.

— Widzisz, Zdobny? Zdumiewające!

— Tak, bracie, przemysł gumowy to przyszłość i potęga. Powinniście wejść w ten biznes.

— Kto?

— Wy, ubezpieczeniowcy.

— Jak to?

— Polisa wysokiego ryzyka. Ciupcianie to dzisiaj niebezpieczne zajęcie, brachu, rodzaj sportu ekstremalnego — Zdobniak wskazał na mężczyzn. — To wasi potencjalni klienci.

Przez chwilę obaj trwali w zamyśleniu.

— Nie boisz się? — spytał w końcu Jaś.

— Wszyscy się boją, ale życie w ustawicznym strachu i biadolenie jest niegodne człowieka. Po prostu trzeba wierzyć.

— W co?

— W co chcesz. Chodzi o to, żeby, generalnie, w coś wierzyć.

— No tak — przyznał Jaś.

Słowa przyjaciela zawierały bogatą, humanistyczną treść, warto było poświęcić im chwilę. Blondyneczka z różowymi cysiami, w granatowym fartuszku uczenniczki podbiegła do nich machając jakimiś papierami. Wystraszyła Jasia.

— Kupiłeś bilety? — zapytał.

— Co? — Zdobniak nie rozumiał.

Nic się takiego nie stało, to nie była kontrola. Po prostu zapytała cieniutkim głosikiem:

— Anal, oral, piss, bdsm, fisting, bizarre?

— Full serwis, pączuszku — przerwał jej Zdobniak. — Jak myślisz, dasz radę? — zagadnął kumpla z dziwnym uśmiechem. Dopiero jakiś czas potem Jaś pojął, że był to wyjątkowo wredny uśmieszek. Przyjaciele tak się nie uśmiechają.

— No, jak? — poczuł łokieć Zdobnego — Full serwis? Deklaruj się, pani czeka.

Jaś po pierwsze nie rozumiał o co im chodzi, a po drugie nawet gdyby rozumiał, to i tak nie mógł wykrztusić słowa. Kiwnął głową.

— Cudownie! — blondyneczka szybciutko wypełniła jakieś rubryczki stawiając w każdej ptaszka różowym długopisem. — Przysługuje panom roczny, pięcioprocentowy rabat udzielony przez producenta — poinformowała. — Proszę się zwrócić przy wyjściu o kartę stałego klienta.

Zakręciła mleczną pupką i tyle ją było widać. Jaś zadygotał, nagle i jaskrawo uprzytomniwszy sobie, że już w liceum widział podobne rzeczy. Z nadmiaru wzruszenia musiał się wesprzeć na ramieniu kumpla.

— Ja pierdykam, Zdobny, one mi się śniły.

— Kto?

— Pielęgniarki, pokojówki, uczennice, konduktorki i tak dalej.

— Wiadomo.

— Tobie też?

— Faceci mają identyczne sny.

— Dzięki, Zdobny, że mnie zabrałeś. Nie przypuszczałem, że moje sny się kiedyś spełnią.

— Nigdy nie trać nadziei.

— Jeszcze raz ci dziękuję.

— Dla kumpla ze studiów wszystko.

Jaś gwizdnął.

— Nie wiedziałem, że istnieją takie nowoczesne burdele.

— Strzał w dziesiątkę.

— A ta westalka, Zdobny? Mnie się nie śniła.

— Mnie chyba też nie. Nie pamiętam. Pewnie poszerzają asortyment. No, jesteś gotów? Koniec gadki, oszczędzajmy języki, będziemy nimi tęgo wywijać.

— Raz się żyje — szepnął Jaś, z duszą na ramieniu.

Nabrał głęboko powietrza i pozwolił, by koń sam pociągnął wóz.

c.d.n.