czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Anna Stryjewska: z cyklu `Księżycowy ogród` — Królowa zwierząt


Królowa zwierząt

Da­w­no te­mu w ma­le­ń­kiej cha­t­ce przy­cu­p­nię­tej na skra­ju wie­l­kie­go la­su mie­sz­ka­ła so­bie pe­w­na ro­dzi­na — mąż, żo­na i ich ki­l­ku­le­t­nia có­re­cz­ka o imie­niu Zo­sia. By­li ba­r­dzo szczę­ś­li­wi, choć bie­da ba­r­dzo czę­s­to za­glą­da­ła im w je­dy­ne okie­n­ko, ja­kie zna­jdo­wa­ło się w do­mku. Ka­ż­de­go ra­n­ka o świ­cie oj­ciec dzie­w­czy­n­ki wy­ru­szał w głąb la­su, gdzie pra­co­wał przy wy­rę­bie drzew. Ma­ma za­jmo­wa­ła się go­s­po­da­r­s­t­wem, a dzie­w­czy­n­ka ha­sa­ła bez­tro­s­ko po łą­kach. Mo­że nie do ko­ń­ca bez­tro­s­ko, po­nie­waż mia­ła wie­l­kie, wra­ż­li­we se­r­ce i po­ma­ga­ła na­po­tka­nym, po­trze­bu­ją­cym po­mo­cy zwierzętom. Raz był to bez­do­mny pies, in­nym ra­zem ja­s­kó­ł­ka ze zła­ma­nym skrzy­d­łem lub oka­le­czo­na przez dra­pie­ż­ni­ki ku­ro­pa­t­wa.

Kie­dyś zna­la­z­ła sza­ro­-bu­rą ko­t­kę — gło­d­ną, wy­chu­dzo­ną, z po­sza­r­pa­nym bo­kiem. By­ła aku­rat zi­ma, więc zna­la­z­ła jej kąt przy pie­cu, opa­t­rzyła, na­ka­r­mi­ła, a wy­lę­k­nio­ne zwie­rzą­t­ko wkró­t­ce od­zy­s­ka­ło si­ły. Ko­t­ka nie mia­ła do­kąd pójść, więc Zo­sia po­sta­no­wi­ła ją za­trzy­mać. Wcze­ś­niej je­d­nak za­py­ta­ła o zgo­dę ro­dzi­ców. Cóż mie­li ro­bić? Go­to­wi by­li uczy­nić wszy­s­t­ko, by uszczę­ś­li­wić je­dy­na­cz­kę. By­li du­m­ni, że wy­cho­wa­li tak mą­d­re dzie­c­ko i wspie­ra­li ją we wszy­s­t­kim. Zo­sia da­ła ko­t­ce na imię Mru­ka, co za­pe­w­ne spo­do­ba­ło się jej, bo na ka­ż­de za­wołanie od­po­wia­da­ła ra­do­s­nym mru­cza­n­dem. Od­tąd dzie­w­czy­n­ka mia­ła to­wa­rzy­sz­kę za­baw, któ­ra nie od­stę­po­wa­ła jej na krok.

Dni bie­g­ły je­den za dru­gim pe­ł­ne przy­gód i nie­spo­dzia­nek. By­ły to szczę­ś­li­we chwi­le, ale nie­ste­ty pe­w­ne­go ra­zu sta­ło się coś stra­sz­ne­go. Uko­cha­ny ta­tuś nie po­wró­cił wie­czo­rem z la­su… Na da­r­mo cze­ka­ła wraz z ma­mą na dro­dze wy­pa­t­ru­jąc je­go po­wro­tu.

Mi­nął ty­dzień, mie­siąc, rok… Bie­da za­czę­ła im do­s­k­wie­rać, jak je­sz­cze ni­gdy do­tąd. Ma­ma Zo­si zmu­szo­na by­ła na­jąć się do cię­ż­kiej pra­cy u bo­ga­tych go­s­po­da­rzy. Wszy­s­t­ko to by­ło ni­czym w po­ró­w­na­niu z wy­pra­wą w głąb dzi­kie­go la­su po drze­wo na opał. O tym mie­j­s­cu krą­ży­ły nie­sa­mo­wi­te opo­wie­ś­ci. Po­do­b­no mie­sz­kał tam prze­ra­ża­ją­cy, pię­cio­gło­wy potwór, któ­ry po­ry­wał lu­dzi i zwie­rzę­ta. Gi­nę­li bez wie­ś­ci, a oko­li­ca po­grą­ża­ła się w ża­ło­bie. Dzie­w­czy­n­ka stra­ci­ła już oj­ca. Nic więc dzi­w­ne­go, że za ka­ż­dym ra­zem, gdy ma­ma wy­ru­sza­ła do la­su, umie­rała z nie­po­ko­ju. Sia­da­ła za­wsze przy je­dy­nym okie­n­ku, tu­li­ła do sie­bie ko­t­kę i z lę­kiem spo­g­lą­da­ła na dro­gę, aż po­ja­wia­ła się na niej przy­gnie­cio­na cię­ż­kim ła­du­n­kiem po­stać ma­my. Wów­czas obie wy­bie­gały jej na po­wi­ta­nie i śpie­wa­ły gło­ś­no, ra­du­jąc się z po­my­ś­l­ne­go po­wro­tu.

Pe­w­ne­go dnia ma­mu­sia nie po­ja­wi­ła się na dro­dze… Zmierzch już za­czął za­pa­dać, ze­rwał się wiatr, roz­sza­la­ła śnie­ży­ca. Zo­sia wy­pła­ka­ła ca­łe mo­rze łez. Ty­l­ko Mru­ka uspo­ka­ja­ła ją ci­chym mru­cza­n­dem. Wre­sz­cie dzie­w­czy­n­ka po­sta­no­wi­ła iść do la­su i od­na­leźć ma­mu­się. Ubra­ła się cie­p­ło. Za­ło­ży­ła ko­żuch, fu­t­rza­ną cza­p­kę i rę­ka­wi­ce, a na no­gi wsu­nęła wie­l­kie fi­l­co­we bu­ty. Za­pa­li­ła po­cho­d­nię i ru­szy­ła nie­bez­pie­cz­nym szla­kiem. Ko­t­ka po­dą­ża­ła za nią. Tym­cza­sem mróz tę­żał, a za­spy sta­wa­ły się co­raz wię­k­sze. Zo­sia je­d­nak upa­r­cie szła na­przód i nie zwa­ża­ła na nic. Od cza­su do cza­su na­wo­ły­wa­ła, lecz od­po­wia­da­ło jej ty­l­ko głu­che na jej cie­r­pie­nie echo i po­mru­ki roz­gnie­wa­nych mie­sz­ka­ń­ców stra­sz­ne­go la­su. Si­ły z wo­l­na za­czę­ły ją opu­sz­czać, a cie­m­ność oto­czy­ła szcze­l­nym pła­sz­czem. Zmar­znię­ta i wy­cze­r­pa­na dzie­w­czy­n­ka po­sta­no­wi­ła chwi­l­kę od­po­cząć. Tym ra­zem Mru­ka za­mru­cza­ła nie­spo­ko­j­nie, ale Zo­si zro­bi­ło się tak bło­go i przy­je­m­nie, że uśmie­ch­nę­ła się ty­l­ko i za­snę­ła.

Kie­dy się obu­dzi­ła, jej oczom uka­zał się nie­zwy­k­ły wi­dok. Do­o­ko­ła fru­wa­ły prze­cu­d­ne mo­ty­le, a na zie­lo­nej, pa­ch­ną­cej mię­tą i ru­mia­n­kiem po­la­nie ro­s­ły ko­lo­ro­we kwia­ty i do­ro­d­ne grzy­by. By­ło cie­p­ło. Pod no­ga­mi wił się sre­b­rzy­s­ty stru­myk. Co pe­wien czas pod­cho­dzi­ły do nie­go sa­r­ny, dzi­ki i je­le­nie, by na­pić się wo­dy. Spo­g­lą­da­ły na nią uf­nie i po­mru­ki­wa­ły przy­ja­ź­nie.

— Je­s­te­ś­my w Kró­le­s­t­wie Zwie­rząt — wy­ja­ś­ni­ła Mru­ka zdu­mio­nej Zo­si, któ­ra w tym sa­mym mo­me­n­cie uświa­do­mi­ła so­bie, że ro­zu­mie jej ję­zyk.

— Ale jak się tu zna­la­z­ły­ś­my? Gdzie za­spy i stra­sz­ny las?

— To już na za­wsze po­zo­sta­nie ta­je­m­ni­cą — od­pa­r­ła ko­t­ka i zmru­ży­ła zie­lo­ne oczy. — A te­raz chodź! Za­pro­wa­dzę cię przed ob­li­cze sa­me­go kró­la!

— Te­raz? To nie­mo­ż­li­we! Co z mo­ją ma­mu­sią? Prze­cież mu­si­my ją od­na­leźć!

— Nie martw się już o ma­mę — rze­k­ła spo­ko­j­nie ko­t­ka. — Ona jest te­raz w nie­bie ra­zem z twoim ta­tą, pa­t­rzą na cie­bie i za­pe­w­ne są szczę­ś­li­wi, że ich uko­cha­na có­r­ka nie za­mar­zła w le­sie.

Oczy dzie­w­czy­n­ki za­szkli­ły się, a po po­li­cz­kach z wo­l­na za­czę­ły spły­wać łzy.

— Czy to ozna­cza, że ona uma­r­ła i już ni­gdy jej nie zo­ba­czę?

— Nie mów tak Zo­siu… Prze­cież wy, lu­dzie, wie­rzy­cie w ży­cie po śmie­r­ci… Kie­dyś ró­w­nież ty tam tra­fisz, a oni na cie­bie bę­dą cze­ka­li!

Zo­sia za­my­ś­li­ła się na te sło­wa, a po­tem dł­ugo pa­t­rzy­ła w ni­e­bo, po któ­rym pły­nę­ły pie­rza­s­te ob­ło­ki.

— A te­raz cho­dź­my! — po­na­g­li­ła Mru­ka. — Nie po­win­ny­ś­my się spó­ź­nić!

Szły ki­l­ka mi­nut, aż do­ta­r­ły do ogro­m­ne­go, sta­re­go dę­bu, któ­ry li­czył so­bie chy­ba tysiąc lat. Był tak ol­b­rzy­mi, że tru­d­no go by­ło ob­jąć wzro­kiem. W ce­n­t­ra­l­nym pu­n­k­cie pnia zna­jdo­wał się łu­ko­wa­ty ot­wór, przy któ­rym po obu stro­nach sta­ły nie­ru­cho­mo dwa gro­ź­nie wy­glą­da­ją­ce wi­l­ki.

— To stra­ż­ni­cy — wy­ja­ś­ni­ła Mru­ka, po czym ki­w­nę­ła ła­p­ką w ich kie­ru­n­ku.

Nie­mal na­tych­miast od­wza­je­m­ni­li ten gest, co ozna­cza­ło, że dro­ga jest wo­l­na. Gdy zna­la­z­ły się w śro­d­ku, dzie­w­czy­n­ka aż krzy­k­nę­ła z za­chwy­tu. Ni­gdy nie wi­działa nic po­za wnętrzem swo­jej ubo­giej cha­t­ki, któ­re do­tych­czas wy­da­wa­ło się jej naj­pię­k­nie­j­szym i naj­przy­tu­l­nie­j­szym mie­j­s­cem na zie­mi. Onie­mia­ła więc na wi­dok dre­w­nia­nych, mi­s­te­r­nie rze­ź­bio­nych skle­pień, ob­sze­r­nych po­mie­sz­czeń i krętych, pną­cych się ku gó­rze scho­dów.

— Po pra­wej stro­nie zna­jdu­je się sa­la po­sie­dzeń… Tam już cze­ka na nas Ba­zy­liusz!

— Kto to jest? — za­py­ta­ła Zo­sia z prze­stra­chem.

— To nasz wspa­nia­ły król. Jest spra­wie­d­li­wy i mą­d­ry.

Za chwi­lę zna­la­z­ły się w ro­z­ś­wie­t­lo­nej ko­m­na­cie, gdzie stał dre­w­nia­ny fo­tel przy­po­mi­na­ją­cy tron. Na nim sie­dział sę­dzi­wy już nie­dźwiedź Ba­zy­liusz. Kie­dy je zo­ba­czył, ski­nął wie­l­ką, cze­ko­la­do­wą ła­pą, aby po­de­szły bli­żej.

— Ma co­raz sła­b­szy wzrok — sze­p­nę­ła ko­t­ka sie­dzą­ca na ra­mie­niu Zo­si.

— Wi­taj Mru­ko! Wi­taj w na­szym Kró­le­s­t­wie, Zo­siu! Je­s­teś pie­r­w­szym czło­wie­kiem, któ­ry prze­kro­czył gra­ni­ce na­sze­go pa­ń­s­t­wa za na­szym przy­zwo­le­niem!

— Czu­ję się za­szczy­co­na — od­pa­r­ła dzie­w­czy­n­ka onie­śmie­lo­na ogro­m­ną po­s­tu­rą i ak­sa­mi­t­ną ba­r­wą je­go gło­su.

— Ja­kie masz za­mia­ry? — za­py­tał. — Znam two­ją hi­s­to­rię i wie­l­kie se­r­ce. Je­s­tem go­tów ci po­móc… Mu­sisz je­d­nak zde­cy­do­wać, czy chcesz tu­taj zo­stać. W na­szym państwie obo­wią­zu­ją bo­wiem su­ro­we za­sa­dy i kto choć raz je zła­mie, bra­my na­sze­go kra­ju za­my­ka­ją się przed nim na za­wsze!

— Ale ja już nie mam do­kąd pójść… Mo­ja ma­mu­sia i ta­tuś zgi­nę­li w tym ok­ro­p­nym le­sie! — za­nim sko­ń­czy­ła wie­l­kie jak groch łzy po­to­czy­ły się po jej po­li­cz­kach.

— Wiem wszy­s­t­ko i ba­r­dzo ci współ­czu­ję — rzekł król mo­c­nym gło­sem — ale o tym, czy bę­dziesz mo­g­ła tu zo­stać za­de­cy­du­je Ra­da. Ju­t­ro o świ­cie od­będzie się ze­bra­nie. Nie spó­ź­nij się, a tym­cza­sem Mru­ka po­ka­że ci po­kój, w któ­rym się za­trzy­masz.

Pod­niósł ła­pę na znak, by opu­ś­ci­ły ko­m­na­tę. W tej sa­mej chwi­li usły­sza­ły szmer i ujrza­ły ko­łu­ją­ce pod su­fi­tem ja­s­kó­ł­ki, któ­re nio­s­ły w dzió­b­kach utka­ny z li­ś­ci płaszcz i zrzu­ciły go na ra­mio­na wsta­ją­ce­go z tro­nu wła­d­cy. Ukło­ni­ły się obie ni­s­ko i wy­szły.

Po­kój Zo­si zna­jdo­wał w dwu­na­s­tym ko­ry­ta­rzu po pra­wej, za dzie­sią­ty­mi drzwia­mi po le­wej. By­ło to ma­le­ń­kie po­mie­sz­cze­nie z ot­wo­rem, przez któ­ry wi­dać by­ło wie­rz­cho­ł­ki drzew.

— Jak tu pię­k­nie! — za­chwy­ci­ła się dzie­w­czy­n­ka, nie mo­gąc uwie­rzyć, że zna­jdu­je się aż tak wys­oko.

Łó­ż­ko ule­pio­ne by­ło z bło­ta, piór i sło­my. Przy­po­mi­na­ło ra­czej ja­s­kó­ł­cze gnia­z­do, ale by­ło nie­zwy­k­le wy­go­d­ne.

Z sa­me­go ra­na Mru­ka obu­dzi­ła ją i przy­po­mnia­ła o ze­bra­niu. Wcze­ś­niej uda­ły się nad uro­k­li­we je­zio­r­ko oto­czo­ne z ka­ż­dej stro­ny dzi­ki­mi krze­wa­mi. Ko­t­ka ka­za­ła Zo­si wy­ką­pać się, ale kie­dy dzie­w­czy­n­ka chcia­ła po­no­w­nie za­ło­żyć swo­je zni­sz­czo­ne ubra­nie, za­pro­te­s­to­wa­ła.

— Tam, na ga­łę­ziach dzi­kie­go bzu, zna­jdziesz coś dla sie­bie! Nie wy­pa­da, abyś w ta­kich ła­ch­ma­nach po­ka­zy­wa­ła się mie­sz­ka­ń­com zwie­rzę­cej wspó­l­no­ty.

Zo­sia spo­jrza­ła we wska­za­nym kie­ru­n­ku i ujrza­ła prze­ś­li­cz­ną su­kie­n­kę utka­ną z mchu i kwia­tów.

— Le­ży ide­a­l­nie! — za­wo­ła­ła zdu­mio­na wła­s­nym od­bi­ciem w nie­ru­cho­mej ta­f­li wo­dy, a na­stę­p­nie wsu­nę­ła sto­py w sznu­r­ko­we sa­n­da­ły i grze­bie­niem z ko­ś­ci roz­cze­sała dłu­gie, cie­m­ne wło­sy.

— Po dro­dze na­zbie­ra­my mle­czy i uple­ciesz wia­nek. W ta­kim stro­ju na pe­w­no się wszy­s­t­kim spo­do­basz!

Dalsze losy bohaterów baśni poznasz z książki, która niebawem ukaże się drukiem.