czytelnia.mobiMobilna e‑czytelnia „e media”

Literatura zawsze pod ręką

Małgorzata CIUPIŃSKA: „Kluczyk” — odcinek 2.


Rozdział 2. Rękawiczki

Wy­cho­dząc z gim­naz­jum, pięt­na­sto­la­tek był w świet­nym na­stro­ju. Sam do­stał dziś dob­rą oce­nę z ma­te­ma­ty­ki, a z gru­pą naj­le­piej wy­pad­li na lek­cji pol­s­kie­go, gdy trze­ba by­ło do­ko­nać in­ter­pre­ta­cji utwo­ru poe­tyc­kie­go. Po­myś­lał też o fi­zy­ce. Z kla­sów­ki otrzy­mał tró­ję. Oczy­wiś­cie, nie ma się czym chwa­lić, ale w je­go przy­pad­ku to dob­ry wy­nik. Ko­le­ga, z któ­rym sie­dzi ra­zem w ław­ce, jest dob­rym uczniem, w do­dat­ku jed­nym z naj­lep­szych z fi­zy­ki, ale na dzi­siej­szej kla­sów­ce jed­nak nie za­błys­nął.

— No cóż, mu­sisz jesz­cze po­pra­co­wać nad ostat­nim te­ma­tem i dla­te­go nie mo­gę dziś po­wie­dzieć, że jes­tem z cie­bie za­do­wo­lo­ny — po­wie­dział do nie­go nau­czy­ciel. — Nie­ste­ty tyl­ko piąt­ka z mi­nu­sem. Na­to­miast twój są­siad spra­wił mi swą pra­cą zu­peł­nie nie­złą nie­spo­dzian­kę — to mó­wiąc zwró­cił się do pięt­na­sto­lat­ka — je­mu śmia­ło mo­gę po­gra­tu­lo­wać: trój­ka.

To był dziw­ny nau­czy­ciel, ale nikt nie mógł mu od­mó­wić po­czu­cia „nie­kon­wencjo­nal­nej spra­wied­li­woś­ci”. Tak ich oce­niał — sto­sow­nie do ich moż­li­woś­ci i za­sług. Tych, któ­rzy nie umie­li fi­zy­ki, nie po­tra­fił nau­czyć, ale tych, któ­rzy ją „czuli” po­py­chał w jej stro­nę z wiel­ką sta­ran­noś­cią i wy­jąt­ko­wym wy­czu­ciem. Po­ję­cie „nie­kon­wen­cjo­nal­nej spra­wied­li­woś­ci” zo­sta­ło przez gim­naz­ja­lis­tów wy­myś­lo­ne tyl­ko na uży­tek sto­sun­ków pa­nu­ją­cych mię­dzy nau­czy­cie­lem fi­zy­ki a ni­mi, ale na tym po­lu spraw­dza­ło się świet­nie i wszys­cy wie­dzie­li w czym rzecz.

Część dro­gi do do­mu od­by­li w gru­pie. Ko­rzys­ta­jąc ze śnież­nej zi­my, ob­rzu­ca­li się śnie­giem do gra­nic przy­zwoi­toś­ci. Te har­ce przy­da­ły im się bar­dzo, bo dzi­siej­szy dzień był bar­dzo mroź­ny i tyl­ko ek­s­tre­mal­ny ruch mógł wyjść na­prze­ciw słup­ko­wi rtę­ci usy­tu­o­wa­ne­mu bar­dzo nis­ko na ska­li Cel­s­ju­sza.

W po­ło­wie dro­gi gru­pa za­czy­na­ła się roz­pra­szać w róż­nych kie­run­kach i na dro­dze do do­mu pięt­na­sto­la­tek zo­stał już tyl­ko z jed­ną ko­le­żan­ką z kla­sy, któ­ra miesz­ka­ła nie­co bli­żej niż on. Szli, we­so­ło roz­ma­wia­jąc, ma­jąc w so­bie jesz­cze za­pa­sy wy­two­rzo­ne­go przez śnież­ną za­ba­wę ciep­ła. To zna­czy, on szedł we­so­ły. Chło­pak, co ja­kiś czas otrze­py­wał się ze śnie­gu i spog­lą­dał na dziew­czy­nę, czy ro­bi to samo. Ale nie, ona pra­wie zu­peł­nie nie by­ła ośnie­żo­na. „Jak się ucho­wa­ła w tym sza­leń­s­twie?” — po­myś­lał, cho­ciaż właś­ci­wie to na­wet spe­cjal­nie nie ocze­ki­wał ani od sie­bie, ani od niej od­po­wie­dzi na po­sta­wio­ne py­ta­nie.

Dziew­czy­na nie mia­ła rę­ka­wi­czek i w go­łych dło­niach trzy­ma­ła tecz­kę, a po­nie­waż jej li­che pal­to nie po­sia­da­ło kie­sze­ni, ner­wo­wo prze­kła­da­ła tecz­kę z jed­nej rę­ki do dru­giej, pró­bu­jąc tę, któ­rą aku­rat mia­ła wol­ną od ba­ga­żu, roz­grzać przez po­ru­sza­nie pal­ca­mi. Ta trud­na sztu­ka zu­peł­nie jej się nie uda­wa­ła, po­wo­du­jąc, że za­cho­wy­wa­ła się co­raz bar­dziej ner­wo­wo i ża­łoś­nie. W koń­cu prze­sta­ła też dbać o to, by ka­muf­lo­wać swe dziw­ne za­cho­wa­nie.

— Za­po­mnia­łaś rę­ka­wi­czek? — za­py­tał, prze­ry­wa­jąc sa­me­mu so­bie po­tok słów do­ty­czą­cy cze­goś tam.

To, że za­dał ta­kie py­ta­nie, oczy­wiś­cie nie roz­wią­za­ło prob­le­mu, a tyl­ko wzbu­dzi­ło w nim złość na nią za to, że ka­za­ła mu zwró­cić na sie­bie uwa­gę, a na sie­bie za to, że właś­nie tę uwa­gę zwró­cił. Ma ty­le in­nych waż­nych rzeczy do po­wie­dze­nie, a tu mu­si ko­men­to­wać jej za­cho­wa­nie, oce­niać sy­tu­a­cję i pew­nie jesz­cze wy­ciąg­nąć z te­go ja­kieś wnios­ki. Ow­szem, wy­ciąg­nął wnio­sek: „Niech na dru­gi raz nie za­po­mi­na rę­ka­wi­czek!”.

Dziew­czy­na na­wet nie sta­ra­ła się ukryć te­go, że strasz­nie ją bo­lą dło­nie, że prze­kła­da­nie tecz­ki nic nie po­ma­ga, że nie mo­że już wy­trzy­mać. „Może ja­koś da ra­dę, za­nim doj­dzie do swe­go do­mu… No tak, nie bra­ła udzia­łu w za­ba­wie, bo nie ma rę­ka­wi­czek, a nie ma rę­ka­wi­czek, bo… nie ma” — po­myś­lał i od­wró­cił gło­wę, by nie wi­dzieć zbo­la­łej mi­ny ko­le­żan­ki i za­czął da­lej roz­pra­wiać o czymś ży­wo. Złoś­ci­ła go jed­nak ta „niewygodna” sy­tu­a­cja, a jak po­myś­lał, że sam nie lu­biąc zi­my, miał­by mieć te­raz go­łe rę­ce, to zbun­to­wał się nie na żar­ty: „Mam jej dać swo­je rę­ka­wicz­ki?!” — zi­ry­to­wał się. Kto po­wie­dział, że ma to zro­bić? Wca­le nie mu­si te­go ro­bić…

Zde­rze­nie z sil­nym mro­zem spo­wo­do­wa­ło, że po­zba­wio­ne skó­rza­nych osłon dło­nie od­ru­cho­wo sku­li­ły się. Na szczęś­cie je­go pal­to mia­ło kie­sze­nie, a tor­bę mógł prze­wie­sić przez ra­mię, więc rę­ce nie zmar­zną mu tak strasz­nie.

— Masz… Więc, na czym to ja skoń­czy­łem?…

Skwap­li­wie chwy­ci­ła po­da­ne przez pięt­na­sto­lat­ka rę­ka­wi­ce i na­ło­ży­ła na swo­je si­no­bor­do­we sztyw­ne dło­nie. Te­raz uspo­koi­ła się już na ty­le, że mog­ła go słu­chać, a na­wet wtrą­cić to i owo do roz­mo­wy.

c.d.n.